Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tolerancja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tolerancja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 sierpnia 2024

Boże, daj orgazm. Jak być sobą w seksie/ Violetta Nowacka

 KOBIECY POWRÓT DO KORZENI


Już widzę teraz Wasze miny! Ha, to tylko sprytny zabieg autorki - nie jest to bynajmniej książka o pozycjach seksualnych i osiąganiu orgazmu (co i tak nie byłoby oczywiście niczym złym), ale genialnie napisany traktat o stłumionej kobiecości, która po latach próbuje znaleźć ujście i dopomina się o należyte jej prawa. (!)

Autorka, Violetta Nowacka, jest psycholożką i terapeutką, uczennicą samego prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza (aby poznać rozważania profesora na temat kobiet, kliknij tutaj ). Na podstawie wieloletnich doświadczeń rozmów z kobietami, analizuje wpływ nauk Kościoła Katolickiego na funkcjonowanie kobiet w społeczeństwie i ich pozycję w hierarchii społeczno-rodzinnej. Surowo (ale z szacunkiem) punktuje kontrowersje związane z Katechizmem KK i podaje konkretne przykłady krzywdzącej narracji na temat kobiet (scheda po patriarchacie, który w sferach KK niezwykle trudno wykorzenić). Przede wszystkim jednak pokazuje, jak pielęgnowane od (tysięcy) lat schematy, wdrukowywane kobietom przez kolejne pokolenia, odcisnęły piętno na ich psychice i postrzeganiu siebie samych. Autorka podkreśla, że "ciało to portal dla duszy" i powinno być jej sojusznikiem, a nie wrogiem. Tymczasem ... w rozmowach z kobietami bezustannie przewija się temat wstydu, kompleksów, zakazów, nietolerancji, uległości seksualnej, kultu dziewictwa czy też nadmiernej skromności.  

Już na samym początku pani Nowacka zaznacza, że nie ma zamiaru walczyć z wyznawcami religii katolickiej. Czytając książkę, odczułam bardziej chęć rozprawienia się ze szkodliwymi stereotypami na temat kobiecej seksualności, których źródła należy szukać zawsze w dzieciństwie i wychowaniu - a w naszym kraju w przeważającej większości jest to wychowanie w duchu religii katolickiej. 

Pacjentkami autorki są kobiety 25-50+, które pogrzebały swoją kobiecość na skutek niesprawiedliwych osądów albo wpajanych im przez rodziców i księży (lub siostry zakonne) jedynych, słusznych prawd (między innymi: zakaz masturbacji i seksu przedmałżeńskiego, potępianie homoseksualizmu, antykoncepcji i rozwodów). Podczas terapii szukają swoich korzeni i uczą się dostrzegać kobiece piękno, a także dawać sobie przyzwolenie na wyrażanie siebie, również w sferze seksualnej. Aby jednak do tego dotrzeć, trzeba wyleczyć to, co nieuleczone i zaopiekować się swoją kobiecością. 

I o tym jest ta książka. Polecam bezapelacyjnie! 

niedziela, 10 marca 2024

"Dobrzy nieznajomi"/ reż. Andrew Haigh

 THE POWER OF LOVE 


Nie bez powodu napiszę dziś, 10 marca, w Dniu Mężczyzn, o wyprawionej nam przez Andrew Haigh’a filmowej uczcie, troszkę nieudolnie przełożonej na język polski jako „Dobrzy nieznajomi” (zdecydowanie więcej o przesłaniu powie nam angielski tytuł „All of us strangers”). Napiszę o mężczyznach, którzy chcą wierzyć w miłość, którym nieobcy jest ból istnienia i którzy nie wstydzą się łez.

Adam i Harry poznają się przypadkiem, będąc jedynymi mieszkańcami wielkiego londyńskiego wieżowca (co wydaje się dziwne, ale po dłuższym czasie nabiera znaczenia). Adam (oszałamiający Andrew Scott) jest scenarzystą-samotnikiem, który – osierocony w wieku 12 lat – przez całą młodość zmagał się ze swoją homoseksualnością (lata 90-te, epidemia AIDS, marne początki jakiejkolwiek otwartości na środowisko LGBTQ+, o którym wówczas nikt nie słyszał). Harry (genialny Paul Mescal), jego młodszy o kilka lat sąsiad, dorastający dwie dekady później, w świecie już bardziej otwartym i przyjaznym, ma zgoła inne, mniej traumatyczne, doświadczenia. Chyba dzięki temu jest w stanie przebić się przez emocjonalną skorupę Adama i pokazać mu, że szczęście jest w zasięgu ręki.

Odnoszę wrażenie, że opisanie kiełkującego między nimi uczucia za każdym razem otrze się o banał. Ale kiedy spotykają się dwie delikatne dusze, kiedy Adam zrzuca zbroję i zaprasza Harry’ego do swojego świata, kiedy razem odkrywają, jak smakuje dobra, cierpliwa miłość – to wówczas jest jedynie czyste piękno, słońce i uśmiech. Co więcej, Adam pewnego razu odwiedza swój dom rodzinny, gdzie – tu szok! - spotyka swoich (nieżyjących?) rodziców (rewelacyjni Jamie Bell i Claire Foy), a tym samym ma jedyną, niepowtarzalną szansę rozprawić się z przeszłością, która – nieproszona – nie pozwala mu zakotwiczyć się w teraźniejszości i cieszyć się spokojem.

Nie zdradzę więcej; wierzę, że sprawdzicie na własnej skórze, samodzielnie odkryjecie wszystkie tematyczne warstwy i rozszyfrujecie symbole (tu będzie się działo, gwarantuję!!!). Ten film po prostu TRZEBA zobaczyć! Ktoś mógłby powiedzieć: ale tutaj nic się nie dzieje, ot, spotyka się dwoje nieznajomych … (STRANGERS!) Tymczasem - na pograniczu jawy i snu rozgrywa się niezwykła opowieść, która – jeśli tylko pozwolicie - wkradnie się w każdy zakamarek Waszych serc i zostanie tam na wieki wieków.

To film otoczony mgłą surrealizmu, z przepiękną ścieżką dźwiękową – film, w którym głównymi bohaterami są tylko i wyłącznie uczucia, a Adam i Harry są jedynie pośrednikami, mającymi rozłożyć je na kawałki i pomóc zrozumieć. Jest tutaj wszystko: żal, lęk, cierpienie, miłość rodzica, miłość syna, miłość romantyczna. I wreszcie – „Dobrzy nieznajomi” to także opowieść o żałobie, o pożegnaniu z tym, co już za nami i o tym, że – i tu zapewne otrę się, chcąc nie chcąc, o banał – nic nie pokona siły miłości i w ostatecznym rozrachunku tylko ona ma sens.

poniedziałek, 3 stycznia 2022

W drogę!/ Beth O'Leary

 ZDECYDOWANIE ZBYT DŁUGA DROGA DONIKĄD


Kiedy Beth O'Leary wydała "Współlokatorów", z impetem weszła do czytelniczego świata 20-30-40-parolatków i zaskarbiła sobie sympatię Bookstagrama. To był niewątpliwy sukces. Dzisiaj ...  mam wątpliwości, czy to dobrze zacząć od bestsellera, który wywołuje wszechobecny zachwyt? Bo co właściwie zostaje "na potem"? Pogoń za ideałem? 

Po znakomitych "Współlokatorach" przyszedł czas na  "Zamianę". Było mniej szału, ale powieść trzymała poziom. Może akcja mniej wartka, ale i bohaterowie przyjemni, i język przyzwoity. 

Wobec trzeciej pozycji miałam duuuże oczekiwania. Streszczenie zapowiadało typową "powieść drogi", wypełnioną uczuciowymi potyczkami głównej pary, a okładka wabiła świetnym designem. Tymczasem ... ku mej wewnętrznej literackiej rozpaczy, odnalazłam 412 stron miłosnej historii, której sedno można by z powodzeniem zamknąć w połowie objętości. (czy tylko ja mam wrażenie, że autorzy co poczytniejszych lektur piszą "na ilość", a nie "na jakość"?) 

Generalnie nie wiem, co definiuje tak zwaną "wielką miłość" Dylana i Addie. On zakochuje się w jej wyglądzie, ona nie rozumie za grosz jego wierszy, a po dwóch tygodniach wakacyjnego romansu są gotowi niemalże układać ze sobą życie, niczym sklonowani bohaterowie ostatniego (nieudanego) Sparksa. 

Autorka przeplata ze sobą dwa plany czasowe, zapewne celem wprowadzenia dynamiki; w rezultacie właściwie czytelnika irytuje, albowiem nie ma w tej opowieści nic aż TAK tajemniczego, co wymagałoby gradacji flashbacków, mających wyjaśnić jakąś niebywałą zagadkę z przeszłości. W rzeczywistości ... ów - nazwijmy to - "sekret" okazuje się być zwykłym nieporozumieniem (co prawda okraszonym dramatycznymi okolicznościami), więc dlaczego czytelnik czeka na niego 400 ciągnących się niemiłosiernie stron?

Żeby nie było wyłącznie gorzko - odnalazłam tu kilka słownych perełek (główny bohater pisze wiersze, więc zasadniczo rozdziały z jego perspektywy należą do najprzyjemniejszych) - kiedy Dylan opisuje Addie ("jest sobą w czystej, nierozcieńczonej formie" ) lub swoje odczucia ("zwijam się w sobie jak ślimak"). Niestety, w niemalże równej ilości mamy banalnie ckliwe opisy przeżyć wewnętrznych, na wzór mało oryginalnych tzw. "książek o miłości". 

Potężny, noworoczny zawód.  

Pozostaje zapytać: dlaczego, Beth? 

czwartek, 15 kwietnia 2021

New Amsterdam/ twórca: David Schulner

AMERYKAŃSKA "LEŚNA GÓRA", CZYLI UKOCHANE MEDYCZNE SCIENCE-FICTION


Na ogół niechętnie podchodzę do produkcji, które wzbudzają wszechobecny zachwyt, powodowana przekonaniem, że jeśli coś podoba się wszystkim, to często bywa zbyt mainstreamowe i właściwie nijakie. Jednak w obliczu niemającej końca rzeczywistości pandemicznej, skusiłam się na świeżutki Netflixowy hicior, myśląc: a co mi tam! 

Ja wiem, że to nie jest realne. Ja wiem, że ze świecą szukać takich lekarzy. Ja wiem, że nie zawsze dobro zwycięży zło. Ja to wszystko wiem (i pozostali widzowie również), ale cóż począć! - najwidoczniej potrzebowałam mentalnej ucieczki do iście fantastycznonaukowej  Krainy Dobra, Piękna i Miłości. 

No dobra, kto oglądał, ten wie, że serial traktuje o życiu lekarzy z najstarszego publicznego szpitala w Nowym Jorku. W pierwszym odcinku wkracza z impetem nowy dyrektor - absolutnie czarujący i charyzmatyczny Dr. Goodwin, który z miejsca wprowadza logistyczną rewolucję, na którą nikt nie jest (początkowo) gotowy. Ale - ważne! - medyczna strona "New Amsterdam" to tylko jeden ze składników, które - jeśli umiejętnie połączone z pozostałymi - decydują o wyjątkowości serialu.

Pozostałe składniki? Ano właśnie. W każdym odcinku, zarówno za pomocą głównych postaci, jak i epizodycznych bohaterów, twórcy dotykają wątków, z których moglibyśmy zbudować jeden wielki, wielobarwny "kalejdoskop życia." 

Małżeństwo, partnerstwo, tolerancja, choroba, uzależnienia, rasizm, uprzedzenia, bezdomność, nierówności społeczne, dramatyczne wybory, rodzina, żałoba - każdy jeden temat byłby świetnym punktem wyjścia do dyskusji, do szerzenia świadomości, do otwierania oczu i umysłu. Ba! Gdyby choć kilka z odcinków znalazło się w podstawie programowej szkół ponadpodstawowych, mielibyśmy (my, nauczyciele) pole do popisu, a młodzież - odskocznię od kilkusetstronicowych literackich dzieł, które "trzeba znać." Żeby nie było - akurat tak się składa, że ja je wszystkie cenię, wiele z nich podziwiam, ale potrafię zrozumieć, że motyw miłości, rodziny lub śmierci dałoby się również omówić, bazując na innym materiale. Ot, takim właśnie "Nowym Amsterdamie." Byłoby pięknie! 

Krótko mówiąc - bezapelacyjna rekomendacja! Nic nie tracicie, a zyskać możecie wiele. Wchodzicie w to? 

sobota, 1 sierpnia 2020

Światło w środku nocy/ Jojo Moyes

"TU CHODZI O WOLNOŚĆ W MOJEJ GŁOWIE"



Prawdziwa petarda! 

Kiedy w notce wydawniczej przeczytałam, że rzecz się ma o konnych bibliotekach lat 30-stych ubiegłego wieku, nie byłam zanadto optymistyczna (przyzwyczajona do Moyes przede wszystkim z trylogii o Lou). Myślę sobie: eeee - konne biblioteki, małomiejskie klimaty - to nie dla mnie. Tymczasem nad tą powieścią unosi się tak potężny feministyczny duch, przemycony w najsmaczniejszych rozmowach czy gestach, że wszystkie inne topowe pozycje mogą się schować!

Konna biblioteka prowadzona przez kobiety wywołuje konsternację skostniałego społeczeństwa Baileyville. Czytanie? Co to za fanaberie? Toż to czytanie odciąga kobiety od pracy na roli, w gospodarstwie! Moje córki nie będą czytać bzdur, to je rozprasza i wtłacza do głowy głupoty itd. Stopniowo mieszkańcy odkrywają moc słowa, moc czytania, co również rozwściecza wrogów działalności. W momencie, kiedy wśród domostw zaczyna krążyć malutka niebieska zakazana książeczka o "tych sprawach", frustracja konserwatystów sięga zenitu i prowadzi do niecnych planów zamknięcia biblioteki.

Drugą warstwę powieści stanowią fascynujące życiowe historie bohaterek - ile w nich jest trudnych wyborów, rozpaczy, utraconych miłości, ile buntu wobec sztywnych schematów, ile lojalności do przyjaciół! Alice przyjeżdża z nudnej Anglii za mężem Bennettem, wiedziona obietnicami słodkiego miłego życia. Na miejscu jednak wali głową w mur - mur obojętności seksualnej męża, mur anachronicznych zasad teścia, mur wąskotorowego myślenia społeczności miasteczka. Margery - rasowa feministka, od lat żyjąca w nieformalnym związku (przypominam, lata 30-ste ubiegłego wieku!), niepokorna, ze złotym sercem. Kiedy te dwie osobowości połączą siły, zobaczycie, że zaczną się dziać rzeczy niesamowite! 

Kobiety z powieści Moyes nie dadzą sobie odebrać wolności. Będą mówić, co chcą i robić, co chcą, rozprawiając się z zaściankowym światopoglądem mieszkańców. Będą sobie pomagać, choćby nie wiem co, czerpać siłę z łączącej ich więzi. Pomimo że w tle rozgrywają się miłosne historie, to jednak idea sisterhood - bezwarunkowego siostrzeństwa - weszła tutaj na najwyższy poziom.

Błądząc wraz z kobietami po górskich szlakach, od razu malowałam mentalnie filmowe obrazy, po czym przeczytałam, że faktycznie na kanwie powieści powstanie film. Oby to było arcydzieło równe książce, oby! 

Jeśli tęsknicie za niekonwencjonalną feministyczną powieścią, to "Światło w środku nocy" zdeklasuje wszystkie inne pozycje - stuprocentowo pozytywne intelektualne i emocjonalne przeżycie zapewnione. Polecam z całego (zachwyconego) serca. 

wtorek, 21 lipca 2020

Cudowny chłopak/ reż. Stephen Chbosky

"NAJWAŻNIEJSZE JEST NIEWIDOCZNE DLA OCZU"?



Kurczę, wiedziałam, że to przyjemne kino familijne z niegłupim przesłaniem, ale mimo to zaskoczyło mnie kilka rzeczy.

Po pierwsze - główny bohater, Auggie. Ujęły mnie jego mądrość i wrażliwość, w połączeniu z głębokim bólem i poczuciem odrzucenia, z którym przychodzi mu się mierzyć praktycznie przy każdorazowej konfrontacji z rówieśnikami. Niekończąca się emocjonalna huśtawka byłaby wycieńczająca dla stabilnego dorosłego, a co dopiero dla dorastającego dzieciaka.

Po drugie - to nie jest bajeczka o tym, że chłopak po kilku latach edukacji domowej wraca do szkoły i jest super. Wręcz przeciwnie - dzieci bywają okrutne i w filmie mamy tego dobitne przykłady. Auggie przeklina swój wygląd i nawet pyta mamę, dlaczego jest TAKI BRZYDKI.

Po trzecie - Auggie'go wychowują rewelacyjni rodzice, którzy sami tworzą fajny tandem, a ponadto mają cudowne podejście do syna. (Julia Roberts i Owen Wilson są bardzo przekonujący) Aczkolwiek, oni również popełniają błędy, nieświadomie "spychając" na drugi plan swoją starszą córkę.

Co jeszcze tu wygrzebałam? Wachlarz emocji, smutek na przemian ze śmiechem, współczucie z dumą. Podprogowe przesłanie, które finalnie już jawnie krzyczy z ekranu: hej, ludzie, wygląd NAPRAWDĘ nie jest najważniejszy! Koniec końców, dzieci dają genialną lekcję tolerancji i gdyby tak przenieść ich zachowania na grunt dorosłości, nikt nie czułby się wykluczony i mielibyśmy iście sielski świat, w którym najistotniejsze byłoby wnętrze i dobre serce. Można pomarzyć, prawda?

wtorek, 12 maja 2020

Podtrzymując wszechświat/ Jennifer Niven

KTO PODTRZYMUJE TWÓJ WSZECHŚWIAT? 



Dochodzę do wniosku, że dawno już ktoś w tak cudowny sposób nie pisał o uczuciach, jak Jennifer Niven. "Wszystkie jasne miejsca" uplasowały się w mojej pierwszej dziesiątce ever, po czym weszłam w świat Libby i Jacka - i przepadłam. "Podtrzymując wszechświat" ustawię również na podium, bez dwóch zdań!

Wydaje mi się, że Jennifer potrafi oplatać słowami jak nieinwazyjny bluszcz. Te słowa cię pochłaniają, otwierają drzwi do surowego wnętrza bohaterów, gdzie nie ma obłudy, fejku i tajemnic. Kto bowiem napisze "Nasze oczy trzymają się za ręce"? To jest przecież genialne!

W każdym razie mamy tutaj epicką historię Libby i Jacka. Libby - jest znana lokalnej (i nie tylko) społeczności jako najgrubsza nastolatka Ameryki, którą kilka lat temu trzeba było d o s ł o w n i e wyciągać z domu za pomocą dźwigu. Po długim czasie domowego nauczania nastoletnia już Libby decyduje się na powrót do liceum, do gniazda os (a może nie?). Jack z kolei skrywa znaną tylko jemu tajemnicę - cierpi na prozopagnozję, chorobę charakteryzującą się niezdolnością rozróżniania ludzkich twarzy. Schorzenie Jacka najczęściej prowadzi do zabawnych konsekwencji, ale czasami sprawy wymykają się spod kontroli. Chłopak jako tako funkcjonuje, ale na co dzień jest totalnie pogubiony, nie poznaje nawet swojego ukochanego braciszka i rodziców. Kurczowo trzyma się swojej nie-do-końca-idealnej dziewczyny, generalnie pajacuje przed kolegami, aby utrzymać popularność i trzymać fason. Ma burzę sterczących włosów i nieodparty urok osobisty.

Pewnego dnia, z wiadomych jedynie sobie powodów (które wyjaśnia potem w liście do Libby), Jack bierze udział w durnej szczeniackiej zabawie, mającej na celu pogrążenie dziewczyny na oczach całej szkoły. Na skutek tegoż incydentu, w trakcie którego Libby w akcie samoobrony daje mu w pysk, oboje trafiają na zajęcia ze szkolnym psychologiem. Ciąg dalszy MUSICIE poznać sami - to nie tylko przepiękna opowieść o naprawdę wyjątkowej więzi, ale też inteligentna rozprawa ze stereotypami, które zdają się rządzić naszym życiem, a zwłaszcza światem młodych ludzi. Ponadto, pokochacie Libby! Jest bystra, oczytana, uwielbia taniec i stara się dzielnie wytrwać w samoakceptacji. Lubi siebie. Życie porządnie ją pokancerowało, ale to nie pozbawiło jej empatii i wrażliwości. Podąża za mottem Harper Lee, przekazywanym jej przez ukochaną mamę: "Nigdy tak naprawdę nie zrozumie się człowieka, dopóki nie spojrzy się na sprawy z jego punktu widzenia (...) dopóki nie wjedzie się w jego skórę, nie pochodzi się w jego skórze po świecie." I tak jak Libby zawsze chce "przechadzać" się w cudzej skórze, tak i my wchodzimy w skórę jej i Jacka. A dzięki specyfice pisania Jennifer Niven, jesteśmy z nimi jak dobrzy towarzysze, doświadczając zarówno radości, jak i beznadziei, kibicując ich relacji, wierni złotej myśli Harper Lee: "Trzymaj głowę wysoko, a pięści nisko."

niedziela, 4 marca 2018

Simon oraz inni homo sapiens/ Becky Albertalli

WYJDĘ Z SZAFY I BĘDĘ SOBĄ



Świetna lekcja tolerancji i niezły eye-opener dla wątpiących w równość lub pragnących wniknąć co nieco w duszę nastoletniego Simona, który męczy się niemiłosiernie, obawiając się wyjawić światu swoją seksualną tożsamość.

W tzw. międzyczasie Simon nawiązuje intrygującą internetową znajomość z potencjalnym kandydatem na chłopaka (pseudonim Blue), lecz obydwaj decydują się nie odsłaniać prawdziwych danych, pozostając w eterycznym wirtualnym świecie romantycznych listów i wyznań.

Pamiętajmy jednak, że jak w spektaklu na ścianie wisi broń, to na pewno wystrzeli. I tutaj również bomba wybucha w sposób niespodziewany i bardzo dla Simona krzywdzący, ale drzwi szafy otwierają się na oścież i chłopak wreszcie może być tym, kim od zawsze chciał być. Pytanie - czy epicki coming out pociągnie za sobą happy end w sferze uczuć? Na ile odważny jest nieodgadniony Blue i czy zdoła stawić czoła skostniałemu dość otoczeniu, by być z Simonem?

Miłość, przyjaźń, rodzina, akceptacja - w świeżym wydaniu, daje całkiem pokaźną dawkę pozytywnych emocji i składa się na sukces przełamującej sztywne stereotypy historii homoseksualnej relacji między nastolatkami.

piątek, 1 września 2017

Gifted/ reż. Marc Webb

KOCHAĆ TAK PO PROSTU 


Ten film powinien być obowiązkową pozycją dla każdego rodzica/ opiekuna/ pedagoga. Płynie z niego klarowne przesłanie: NIE KOCHA SIĘ ZA COŚ, KOCHA SIĘ ZA NIC. 

Wujek małej Mary (matematycznego geniusza, stąd tytuł OBDAROWANI)  - na pozór nieco nieokrzesany, roztrzepany i z całą pewnością nieidealny - robi to, co dyktuje mu serce. Słucha dziewczynki, pragnie dla niej normalnego dzieciństwa, chroni - ale nie za wszelką cenę. Sposób, w jaki pokazuje jej swoje uczucia - dostosowując przekaz do jej poziomu, do dziewczęcej wrażliwości, ale także nieprzeciętnej inteligencji - wyciska łzy. Dużo łez. (Scena w szpitalu powala na łopatki. Kto widział, ten wie.)

Na szczęście ta amerykańska produkcja nie ociera się o tandetę i to jest jej niewątpliwy plus. Mckenna Grace i Chris Evans tworzą genialny duet - widz im po prostu wierzy i kibicuje Evansowi w walce o opiekę nad siostrzenicą.

Pozostaje fundamentalna kwestia - czy wtłoczyć dziecko w więzienie swoich talentów i starać się maksymalnie je wykorzystać (jak pragnie babcia Mary, niespełniona życiowo matematyczka), czy puścić je wolno, patrząc czujnie z boku, aż rozpościera skrzydła i żyje nie tylko dla siebie, ale również dla świata. 

Dla mnie idea jest prosta: daj dziecku korzenie, by wiedziało, gdzie jego dom, a potem daj skrzydła, by wyfrunęło, gdy będzie gotowe. 

czwartek, 9 lipca 2015

Selma/ reż. Ava DuVernay

I HAD A DREAM




Dogłębne spojrzenie na życie wielkiego amerykańskiego wojownika o prawa Afroamerykanów - Martina Luthera Kinga. Poznajemy jego życie rodzinne, moralne dylematy, obserwujemy zza kulis przygotowania do pokojowych marszów i jego politykę non-violence - kawał historii USA, jakże istotny z punktu widzenia równości obywateli, w dwugodzinnej pigułce, o niebo lepszej niż jakakolwiek historyczna książka.

Ponieważ Amerykanie lubią pompatyczne filmy, nie zabraknie i tutaj nadmiernej nieco wzniosłości, ale szybko się o niej zapomina. Genialna gra aktorska Davida Oleyowo w roli Martina, interesująca postać Annie Lee Cooper (w tej roli Oprah Winfrey), świetna ścieżka dźwiękowa (nieprzypadkowo - Oscar za najlepszą piosenkę "Glory"), emocjonujące sceny - dla mnie naprawdę dobre kino, polecam.

piątek, 3 lipca 2015

Nie czas na łzy/ reż. Kimberly Peirce

POSZERZMY HORYZONTY



Fenomenalna Hilary Swank w roli transseksualnego Brandona - rola warta otrzymanego za nią Oskara. (!) Jest to jeden z najbardziej wstrząsających filmów, jakie widziałam, w dodatku oparty na faktach. Nie da się przejść obok niego obojętnie, jeśli posiada się jakichkolwiek rozmiarów pierwiastek empatii.

Wykładnia wiedzy na temat transseksualizmu, lekcja tolerancji, wyciskacz łez i wulkan emocjonalny. Wchodzimy w świat przeżyć głównego bohatera, który jest uwięziony w ciele kobiety. Współczujemy mu i trzymamy kciuki za życie w prowincjonalnym miasteczku, które rządzi się własnymi prawami, takimi, w których nie ma czasu na litość i łzy.

wtorek, 9 czerwca 2015

Nazywam się Khan/ reż. Karan Johar

DRUGIE OBLICZE AMERYKI



Nieprawdopodobna historia, genialna gra aktorska, poruszająca fabuła. Film w ogóle się nie dłuży, a łzy ciekną samoistnie przez niemalże całe 2,5 godziny. Wpierw ze szczęścia, potem z cierpienia.

Razem z głównym bohaterem Khanem odkrywamy drugą stronę ataku na WTC, ciemną stronę Ameryki - rzadko pokazywaną w filmach. Bez dwóch zdań warto się w tę opowieść zgłębić i towarzyszyć Khanowi w jego niezwykłej podróży w walce o sprawiedliwość (wymiar społeczny i polityczny) i odzyskanie miłości ukochanej osoby (wyciskacz łez). Coś jakby nowa wersja Forresta Gumpa. Naprawdę warto!