Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2024

It starts with us/ Colleen Hoover

 NIECH ZACZNIE SIĘ OD NAS SAMYCH



"It starts with us" to kontynuacja słynnej (za sprawą tegorocznej ekranizacji) powieści "It ends with us".
O ile powytrząsałam się nieco nad pierwszą częścią, o tyle z niekłamaną przyjemnością polecę Wam część drugą! Generalnie, gdyby te dwie pozycje stanowiły całość, jestem stuprocentowo przekonana, że obyłoby się bez krytyki Hoover a propos romantyzowania przemocowców i poetyzowania miłości "łobuzów" (co również i ja poczyniłam w swojej recenzji). Historia Lily wybrzmiałaby zupełnie inaczej! (a co za tym idzie - może nieudany PR filmu nie ujrzałby światła dziennego)
Albowiem "It start with us" jest niezwykle realistyczną opowieścią o tym, jak wygląda życie PO ucieczce od sprawcy i o tym, jak - z pomocą dobrych ludzi - można małymi kroczkami odbudować swój mocno pogruchotany świat. To również hołd dla pierwszej miłości i prawdziwa uczta dla czytelników spragnionych dalszych losów Lily i Atlasa. (Będziecie usatysfakcjonowani, gwarantuję!)
Okazuje się, że oba tytuły są nieprzypadkowe i piękną klamrą spinają w całość równolegle rozgrywające się historie Lily i Atlasa. Hoover wynosi na piedestał naszą sprawczość oraz stawia kropkę nad i w sprawie pokoleniowej traumy. Przekaz jest prosty: życie jest nieustającym pasmem wyborów i zawsze warto iść w kierunku dobra i miłości. Tak, jesteśmy składową wylanych przez lata łez i niesionych na podwątlonych barkach ciężarów, ale one nie definiują naszego jestestwa.
Jesteśmy kimś więcej i możemy więcej. A jeśli tuż za rogiem czeka początek lepszego życia? Miejmy oczy szeroko otwarte, by go nie przegapić i odwagę, by przyjąć, utulić i uwierzyć, że na nie zasługujemy.

poniedziałek, 15 lipca 2024

It ends with us/ Colleen Hoover

 HISTORIA O TYM, CZYM MIŁOŚĆ NIE JEST


Hm … tym razem nie będzie entuzjastycznych ochów i achów, tylko słodko-gorzka recenzja wraz z subtelnym ostrzeżeniem.

Ale do rzeczy. Wiedziona ciekawością (w sierpniu trafia do kin ekranizacja z uroczą Blake Lively), postanowiłam sprawdzić na własnej skórze, o co chodzi z fenomenem Colleen Hoover. Powieść czytałam po angielsku, nie znam zatem polskiego przekładu, ale uczciwie przyznaję, że w oryginale styl Hoover ani nie razi, ani nie boli. „It ends with us” czyta się dobrze, szybko, pochłania trochę jak kolejne odcinki serialu o miłości.

Tak, jest to powieść o miłości. Bez wątpienia. Wątek z młodości Lily i Atlasa (bardzo fajnie wprowadzony za pomocą listów bohaterki do Ellen DeGeneres) jest przecudny, można się naprawdę zauroczyć (duży plus)! Mimowolnie sięgniecie wspomnieniami do Waszych pierwszych miłosnych doświadczeń, tych czystych, naiwnych,  jeszcze nieskażonych późniejszymi rozczarowaniami.

Przejdźmy do minusów: związek Lily z Ryle’m (czyli wątek główny). OK, kumam, że autorka chciała opisać schemat ofiary uwikłanej w spiralę przemocy i w PEWNYM stopniu jej się to udaje - także poprzez historię matki Lily i jej przemocowego ojca. Aczkolwiek, kiedy zaczyna się  tłumaczenie patologicznych reakcji Ryle’go i analizowanie jego nieszczęśliwego dzieciństwa, zapala nam się czerwona lampka: STOP! To przeczy wszelakim psychologicznym radom udzielanym ofiarom przestępstw, albowiem żelazna zasada brzmi: NIE ANALIZUJ OPRAWCY. Nie pochylaj się nad jego dzieciństwem. Nie poszukuj przyczyn jego zachowania. Nie używaj słowa „miłość”, tam, gdzie występują agresja i przemoc. Skup się na SOBIE i swoim uzdrowieniu. Dlaczego bohaterka (inteligentna, skądinąd, kobietka) nie zwróciła się po pomoc do terapeuty, dlaczego nie wyposażyła się w wiedzę, dzięki której wszystko stałoby się jasne i klarowne? Dlaczego wydawało jej się, że sama znajdzie wyjście z tak wyniszczającego związku, polegając jedynie na swoim (mocno zakrzywionym) osądzie sytuacji?

Totalnie rozumiem zarzuty wobec Hoover, jakoby romantyzowała sprawcę przemocy. Kiedy czytasz, jak on płacze rzewnymi łzami, jaki jest biedny, poraniony, jak chciałby być dobry, ale nie potrafi itd. – otwiera ci się nóż w kieszeni, albowiem nie o to się rozchodzi w schemacie ofiara-kat! Proces zdrowienia nie polega na litości ani współczuciu wobec sprawcy, ale o zadbaniu o WŁASNY dobrostan. I chociaż częściowo bohaterka dochodzi do konkretnych wniosków (pod koniec powieści), to i tak czuję niesmak na myśl o tym, jak ten obraz „pięknego agresora” może namieszać w głowach młodym czytelniczkom, spragnionym wielkiej, namiętnej i burzliwej miłości. Nie sądzicie, że era fascynacji bad boy’em powinna już odejść do lamusa?  Skupmy się na osobach, które obdarzają nas troską i przy których odnajdujemy poczucie bezpieczeństwa.

Moje ostrzeżenie: jeśli masz jakąkolwiek wiedzę psychologiczną na temat relacji sprawca-ofiara, możesz tę książkę przeczytać. Będziesz wtedy wiedział/a, że łobuz wcale nie kocha najbardziej i w obliczu zagrożenia trzeba brać nogi za pas. Jeżeli zaś ten temat jest Ci obcy, wybierz, proszę, inną książkę – o miłości zdrowej, bezpiecznej i przynoszącej ukojenie.

PS  Drodzy autorzy, nie ubierajcie oprawcy w piękne opakowanie: markowy garnitur, dobrą pensję czy czarujące oczy – nic dobrego z tego nie wynika.


sobota, 11 maja 2024

Następstwa/ reż. Megan Park

 RAZ, DWA, TRZY - GINIESZ TY! 



Wydaje mi się, że „Następstwa” (oryg. Fallout) to film na jednorazową projekcję – ale za to niezwykle ważną. Oto poznajemy uczniów amerykańskiego liceum na kilka minut przed szkolną strzelaniną. Kolejne kadry to już tytułowe „następstwa” traumatycznego przeżycia. Główne bohaterki, Vada i Mia (niepodważalna chemia pomiędzy Jenny Ortegą i Maddie Zegler), prowadzą  nas w podróż do swoich najciemniejszych miejsc, gdzie czają się najbardziej podstępne demony. Paleta emocji jest powalająca. Od paraliżującego strachu poprzez rozpacz i żałobę, aż do aktywnego działania. Na skutek strzelaniny, a co za tym idzie, śmierci rówieśników, dzieci nie tylko toną w smutku, ale również wycofują się z życia szkolnego i rodzinnego. W historii Vady widzimy to doskonale na przykładzie jej młodszej siostry, Amelii (fenomenalna Lumi Pollack). Cierpi cała rodzina, przyjaźnie wiszą na włosku, a rana, mimo upływu czasu, zdaje się nie zabliźniać.

To bardzo istotny film w dyskusji na temat dostępu do broni w Stanach Zjednoczonych. Nadzwyczaj realistyczny, skupiający się wyłącznie na skutkach strzelaniny i tym, co zostaje, gdy opadnie kurz. Daję dodatkowe plusy za ukazanie wartości płynącej z psychoterapii i za świetne aktorstwo młodzieży. Obejrzyjcie – bez względu na to, czy jesteście za czy przeciw tzw. gun policy w USA. Następstwa traumy są przecież jednakie niezależnie od naszych poglądów.  

sobota, 19 sierpnia 2023

Wilki się czają/ Natasha Friend

 CZY ONA SAMA SIĘ PROSIŁA? - OTO JEST PYTANIE 


"A potem jak cholerny Czerwony Kapturek pomaszerowała radośnie do lasu, gdzie czaiły się na nią wilki".

Spokojnie - jak łatwo się domyśleć z opisu wydawcy (który znajdziecie w każdej internetowej księgarni) - nie jest to powieść o wilkach. Chociaż z drugiej strony ... trochę jest, ale o wilkach w ludzkiej skórze. O wilkach, które w naszym rzeczywistym świecie, za społecznym przyzwoleniem, czają się na swoje ofiary, krzywdząc je niewybaczalnie, poniżając i zostawiając z traumą na całe życie.

Ostrzeżenie: treść jest dosyć drastyczna i nie każdy czytelnik będzie chętny przez nią przebrnąć. Autorka nie koncentruje się nadmiernie na wyrafinowanych szczegółach przestępstw (pozostawiając wiele naszej wyobraźni), ale na działaniach głównej bohaterki Nory i jej przyjaciół. Pomimo początkowego etapu wyparcia, dziewczyna decyduje się walczyć o prawdę i stawić czoło tym, którzy, niepomni na wymiar wyrządzonej krzywdy, bezkarnie wykorzystują niewinne dziewczyny, chronieni przez patriarchalny system i ... jeszcze jedną osobę, której wpływ na cały proceder okaże się kluczowy. (będzie zaskoczenie!) 

I żeby nie było, że "wszyscy faceci są źli" i jest to pozycja skrajnie depresyjna - są też bardzo pozytywne postaci brata Nory oraz jej przyjaciela, a - w tle dramatu - także wątki młodzieńczego uczucia, bezinteresownej przyjaźni i niełatwych relacji rodzinnych. 

Generalnie - "Wilki się czają" to zdecydowanie nie jest dreszczowiec z akcją detektywistyczną w tle. Nie jest to również literackie arcydzieło, które swoim kunsztem powali nas na kolana. To powieść dla dojrzałych czytelników, która porusza niebywale trudną (i niezwykle ważną!) sprawę nadużyć seksualnych (w tym gwałtów) i pokazuje, krok po kroku, proces dochodzenia sprawiedliwości przez ofiarę przestępstwa. 

Świat potrzebuje takich książek. Bez względu na to, gdzie rozgrywa się akcja - powieści tego typu nie tylko otwierają oczy na skalę problemu, ale pokazują też, jak dużo jest jeszcze do zrobienia. Pamiętajmy: kropla drąży skałę. Możemy zacząć od nas samych i podjąć chociażby walkę z głupimi komentarzami, które automatycznie przerzucają winę na ofiarę. Możemy prowadzić (małe lub duże) kampanie - zarówno w realu, jak i w mediach społecznościowych, z uporem maniaka uświadamiając "powątpiewających", że ofiara NIGDY nie prosi się o gwałt i przemoc, a każdy sprawca powinien zostać osądzony i ukarany, niezależnie od jego statusu społecznego czy materialnego, wykonywanego zawodu, przynależności do określonej organizacji i powszechnie panującej o nim opinii.   

Kto wie - być może nasze codzienne działania doprowadzą kiedyś do zmian w postrzeganiu ofiar, a pytania typu "w co poszkodowany/a był/a ubrany/a" znikną z przestrzeni publicznej, zaś kwestia oczywistej winy sprawcy nie będzie nigdy poddawana pod wątpliwość.   

wtorek, 27 lipca 2021

Trzepot skrzydeł/ Katarzyna Grochola

 "BĘDĘ ROBIŁA WSZYSTKO PRZECIWKO SOBIE"



Powieść "Trzepot skrzydeł", jedna z pierwszych polskich pozycji traktujących o przemocy domowej, została opublikowana w 2008 roku, kiedy temat dopiero raczkował, a w społeczeństwie pokutował mit pt. "sama sobie winna". Dopiero w ostatniej dekadzie rynek czytelniczy wypełnił się pokrewnymi historiami. Wszystkie one są z jednej strony do siebie łudząco podobne (w kontekście ofiara-kat), a z drugiej strony - każda z osobna jest inna, dotyczy innej kobiety, a ta z kolei ma za sobą inne doświadczenia i żyje według innych schematów. No i - trzeba umieć je opowiedzieć! Grochola za pomocą narracji pierwszoosobowej umożliwia nam wejście w umysł bohaterki, Hani - i to jest bardzo dobry zabieg! 

Hania jest spragniona wielkiej miłości. TEN JEDYNY wydaje się być idealny: wykształcony, stanowczy, męski, czuły. Wie, czego chce, wie, czego nie chce. I kocha ją na zabój! Najmocniej, najpiękniej! Hania czuje się bezpieczna i wyjątkowa - tego pragnie każda kobieta, prawda? W uczuciowym szaleństwie przegapia znaki ostrzegawcze, sygnały świadczące o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Malutkie, prawie niezauważalne. Kto by się takimi przejmował, mając obok siebie księcia z bajki! Zresztą sęk w tym, że TEGO SIĘ NIE WIE, dopóki nie jest za późno. "O tym wszystkim wiesz dopiero wtedy, kiedy z nim żyjesz. Nie wcześniej. To jest tak, jak doświadczenie śmierci, o tym, jaka ona jest, wiedzą tylko ci, co już umarli".

Po ślubie historia Hani toczy się jak tysiąc innych, które może znacie osobiście lub z relacji znajomych. Z anioła wychodzi diabeł, a życie Hani staje się koszmarem. Grochola genialnie pokazała schemat uzależniania od siebie ofiary, techniki manipulacji, bazowanie na strachu. Świat się "kurczy" i "zmniejsza", dzień "maleje", a bohaterka "coraz ciszej" się cieszy. Chcesz wyjść z koleżankami - no jak to, już mnie nie potrzebujesz? Ugotujesz twarde mięso - no jak to, nie postarałaś się? Chcesz nowe meble - o, masz, już kupiłem, nie trudź się wybieraniem. Oj, a ta poprzednia żona to głupia była i w ogóle mnie nie doceniała, ty to co innego. 

Oczywiście, to się nie dzieje z dnia na dzień! Gdyby tak było, przemocowiec nie miałby szans. Kluczowe jest to, że proces odbywa się metodycznie, drobnymi krokami, jakby wzorowany na fenomenalnym planie stworzonym przez Wielkiego Manipulatora. Kto nie siedzi w temacie, temu trudno zrozumieć, a tu - pojawia się świetne wyjaśnienie: 

"- To niemożliwe, Boże jedyny, to niemożliwe, nie wierzę, dlaczego on to robił? 

No właśnie,

Dlatego, że tak. Taka jest odpowiedź. Nie ma żadnej innej".  

Otóż to! Wchodzenie w umysł przemocowca nie jest ofierze do niczego potrzebne. Robił i już. Może lubi, może tak go wychowano. Koniec tematu. Najistotniejsza jest walka o wyzwolenie - a ta zaczyna się od słowa. 

Żeby przetrwać, ocalić siebie, zdrowie, życie - trzeba komuś POWIEDZIEĆ. Tylko wtedy - nie ma innego sposobu! - świat się "rozszerzy" i udaje się uciec z więzienia. 

Wierzę, że lektura "Trzepotu..." ocaliła chociaż jedno życie. Dzisiaj, po 13 latach od jej wydania, świadomość społeczeństwa jest trochę większa, ale mimo to ciągle trzeba mówić o przemocy głośno i wyraźnie, bez eufemizmów, bez wstydu (!) - tak jak Grochola. Pamiętajmy - nikt nie ma prawa zabierać drugiemu człowiekowi wolności i bezpieczeństwa, a godność ludzka jest niezbywalna. 

Jeśli tkwisz w związku z katem: proś o pomoc i uciekaj. Jeśli podejrzewasz, że ktoś cierpi: reaguj. 

Bądźmy uważni.  

wtorek, 29 czerwca 2021

Uwierzcie mi: Porwanie Lisy McVey/ reż. Jim Donovan

 DO CHOLERY, UWIERZCIE MI! 



Tutaj absolutnie nie chodzi o filmowe rękodzieło, tu rozgrywa się dramatyczna, oparta na faktach historia, której z pewnością nigdy nie zapomnicie.  

Ostrzegam - film może być nie do zniesienia ze względu na przemoc seksualną, zwłaszcza dla matek nastoletnich córek - po projekcji mimowolnie mogą Was nachodzić przerażające scenariusze. 

Zawsze interesują mnie prawdziwe historie, obraz wtedy staje się namacalny i szokująco realistyczny. Młodziutka dziewczyna (wychowująca się w domu patologicznej babki, regularnie wykorzystywana przez jej obleśnego partnera) zostaje porwana, więziona i brutalnie gwałcona przez seryjnego zabójcę. Po dwudziestu sześciu godzinach gehenny, w decydującym momencie, Lisie udaje się przekonać szaleńca, aby ją uwolnił. (!) 

Dziewczyna jest niesamowita. W trakcie rozgrywającego się horroru zapamiętuje szereg szczegółów, które później pozwolą policji dotrzeć do zabójcy. Zostawia ślady genetyczne, odciski palców, a podczas wizji lokalnej jest w stanie odtworzyć poszczególne momenty dramatycznej doby. Paradoksalnie, początkowo właśnie ta determinacja sprawia, że funkcjonariusze (także kobiety!) nie wierzą ofierze, a wręcz kpią z niej, wmawiając młodzieńcze fantazjowanie. 

Lisa zeznała potem, że doświadczenia z domu babki "pomogły jej" zastosować psychologiczne sztuczki, które przekonały zabójcę do uwolnienia jej. Właściwie nawet nie wiem, jak nazwać to, co czułam - podziw? szacunek? oszołomienie? 

Kiedy dowiedziałam się, że Lisa obecnie pracuje jako policjantka zajmująca się przestępstwami seksualnymi, nie miałam wątpliwości, że przekuła traumatyczne, najokropniejsze z możliwych doświadczeń w pomoc dla takich jak ona. Najbardziej dramatyczne sceny mają miejsce, kiedy sponiewierana dziewczyna ucieka do rodzinnego domu tylko po to, by zderzyć się z szyderczymi komentarzami swojej bezdusznej babki i jej wyrodnego partnera, a następnie walić głową w mur, próbując przekonać policjantów, że to wszystko, o czym mówi, naprawdę się wydarzyło. 

Bardzo trudno ogląda się te momenty. Opieszałość wymiaru sprawiedliwości, niedowierzanie ofiarom, lekceważenie. Pociesza nas fakt, że przestępstwo miało miejsce prawie czterdzieści lat temu, chociaż obecnie jest mnóstwo do naprawienia w tej materii, a ofiary gwałtów nadal nie mogą liczyć na sprawiedliwe wyroki i godny proces. 

PS. Gwałciciel Lisy i wielokrotny zabójca, Bobby Joe Long, został stracony dwa lata temu, a ponadpięćdziesięcioletnia wówczas Lisa siedziała w pierwszym rzędzie, będąc świadkiem egzekucji. 

sobota, 5 czerwca 2021

Mare z Easttown/ reż. Craig Zobel

 FILMOWA UCZTA Z HBO


Co tu się, proszę Państwa, narobiło! Finałowy odcinek "Mare..." rozwalił serwery HBO, mnogość teorii detektywistycznych połączyła fanów z całego świata, zaś krytycy zaczęli przebąkiwać o potrzebie przyznawania Oscarów w kategorii serial. 

Co najważniejsze - absolutnie słusznie! Kate Winslet została Mare z krwi i kości, niektórzy komentowali, że właściwie nie mogą sobie już jej przypomnieć "sprzed" tej kreacji. Ona JEST Mare: ze swoją zblazowaną miną, w rozciągniętym swetrze i niewystylizowanej fryzurze. 

Tu nie chodzi tylko o morderstwo, choć, faktycznie, sprawa zabójstwa młodej dziewczyny stanowi główny wątek. Jednak warstwa po warstwie dochodzimy do innych kluczowych spraw: traumy żałoby, samobójstwa, rodzicielskiej bezwarunkowej miłości, małomiasteczkowych tajemnic. Każdy z bohaterów odsłania nam kawałeczek siebie, wciąga do swojego świata, który okazuje się być (nie)widzialną nicią połączony ze światem innej postaci. Ta misternie spleciona pajęczyna zdarzeń jest fascynująca! 

HBO nie zawodzi: "Opowieść podręcznej", "Normalni ludzie", "Mare z Easttown." Serio, rozentuzjazmowani miłośnicy nie spoczną, nim świat wielkiego filmu nie wprowadzi kategorii serial, aby takie filmowe brylanciki obsypać należytą ilością nagród. Amen! 

czwartek, 6 maja 2021

Afekt/ Remigiusz Mróz

 BLISKIE SPOTKANIE Z REMIGIUSZEM MROZEM



"Chyłkę" telewizyjną uwielbiam. Świetna gra aktorska i genialne zwroty akcji. Będąc pod urokiem serialu, postanowiłam zmierzyć się z literackim pierwowzorem. Oto Remigiusz Mróz - opiewany wszem i wobec polski twórca najbardziej poczytnych kryminałów - pomyślałam: idę w to! 

Trudno uwierzyć, ale zaczęłam czytelniczą przygodę z panem Mrozem właśnie od "Afektu," najnowszej pozycji z serii "Chyłki". Powodowana ciekawością, przeskoczyłam kilkanaście poprzednich. Czy to dobrze czy źle - właściwie trudno mi ocenić. Albowiem wydaje mi się - mogę się mylić (?) - że już "poczułam" na własnej skórze, z czym się słynny Remigiusz je. 

Zgadza się - fabuła jest mocno zakręcona. Pogmatwana do granic możliwości, zmusza czytelnika do rejestrowania kilkunastu nazwisk w obrębie jednego rozdziału i paru kolejnych w następnych. Wątki mnożą się strona po stronie, bez wątpienia trzeba być czujnym i skupionym - a to duża zaleta książki. Zakończenie klasycznie wciska w fotel. Postaci są dobrze skrojone, aczkolwiek mając w głowie Cielecką i Pławiaka, nie byłam w stanie stworzyć innych wizerunków Aśki i Zordona. Nie jest to jednak wadą, gdyż większość z nas jest oczarowana serialową parą, prawda? 

Dojdźmy zatem do tego, co wadą z pewnością jest. Język. O-mój-Bo-że, czytałam i czytałam, ciągle pytając siebie: dlaczego. Dlaczego Mróz używa trylion razy wyrażenia "dwoje prawników" lub "troje imiennych partnerów"? Dlaczego jego styl przypomina wypracowanie ósmoklasisty, z tą małą różnicą, że uczeń podstawówki prawdopodobnie nie wplótłby w nie wyrazów powszechnie uznanych za wulgarne? Żeby nie było - to akurat mi nie przeszkadza, wszak fani Chyłki wiedzą, że siarczyste słownictwo stanowi element jej nietuzinkowej osobowości. Ale, na Boga, można to opowiedzieć troszkę lepiej, poprawniej, ciekawiej! 

Narażę się pewnie fanatycznym zwolennikom pana Remigiusza - cóż, biorę to na klatę. Mam za sobą wiele thrillerów, głównie psychologicznych; z ręką na sercu wyznam, że każdy z nich kusił nie tylko fabułą i bohaterami, a również bardzo przyzwoitym stylem. Zwyczajnie - przyjemnie się je czytało. Wiadomo, daleko im do Dickensa czy Zafona, ale przynajmniej nieudolne synonimy nie gryzły w oczy. (!)

Utknęłam na rozdrożu. Pan Mróz mnie nie przekonał. Na półce czeka jeszcze kilkusetstronicowe "Umorzenie", jednak nie wiem, czy dobrowolnie jestem gotowa ponownie doświadczyć literackiego rozczarowania tylko dlatego, że darzę sympatią głównych bohaterów. Może poczekam spokojnie na kolejne ekranizacje? Póki co, dylemat nierozwiązany. 

środa, 17 lutego 2021

Zjadacz czerni 8/ Katarzyna Grochola

 WCZORAJ TO HISTORIA, JUTRO TO TAJEMNICA, DZIŚ TO DAR 

 


 „Zjadacz czerni 8” jest jak majestatyczne drzewo. Fundamentem są korzenie – a więc to, co łączy wszystkich bohaterów, (nie)oczywisty rdzeń, z którego każdy z nich został stworzony. Idąc w górę (a więc dalej w życie), drzewo się rozgałęzia, a nawet wypuszcza liście. Tam powstają historie z historii – indywidualne ludzkie dramaty, których jesteśmy naocznymi świadkami. Czasami zielenieją, symbolizując nadzieję na lepsze. Przepełniają  je miłość, ciepło, spokój serca. Bywa jednak, że gniją lub opadają, tak jak gnije ludzka moralność, jak panoszy się grzech i dewaluacja wartości. Te opowieści będziecie składać w całość niczym misternie ułożone domino. Czasami zawieje wiatr i szalejące liście przefruną z gałęzi na gałąź, tworząc (pozornie) chaotyczną zieloną scenerię, która w efekcie końcowym zachwyci prostotą i nieporadnym pięknem.

Bohaterowie Grocholi zmuszają nas do otworzenia kilku pozamykanych drzwiczek, o których nie chcemy pamiętać. Świadomie zamiatamy pod nasz prywatny dywanik wszystkie niewygodne sprawy: zażenowanie, wstyd, strach, zawód miłosny. Czasami wydarzenia ze „Zjadacza” wzbudzają odrazę i chęć natychmiastowego osądu – jeśli dojdziecie do rozdziału 10, zrozumiecie. Przysłowiowy nóż otwiera się w kieszeni, a jednocześnie … niemalże nieuchwytne neutralne … przyswojenie (?) czy chociażby brak odruchowego życzenia śmierci.

Nie zapominajmy jednak, że drzewo pnie się wysoko. W ostatecznym rozrachunku pręży się w stronę światła, w stronę nieba, w stronę jasności.  Tak samo każdy z bohaterów „Zjadacza” w którymś momencie życia wznosi  wzrok ku górze. Jego oczy mogą być już bardzo umęczone cierpieniem, mogą prosić o łaskę zrozumienia, mogą oczekiwać pozaziemskiego spotkania z ukochaną … ale zawsze patrzą TAM, gdzie miłość zwycięża wszystko, gdzie nie ma już czerni i ciemności, gdzie czekają otwarte ramiona ukochanych osób, które kiedyś wymknęły nam się z rąk lub które zabrała nam bezlitosna śmierć.

„Zjadacz czerni 8” to zjawisko literackie. Nie da się go przeoczyć ani o nim zapomnieć, gwarantuję.

niedziela, 14 lutego 2021

#Nie bałam się o tym rozmawiać. Historie bez retuszu/ Joanna Przetakiewicz i bohaterki Ery Nowych Kobiet

 SIŁA JEST KOBIETĄ



Zacznę od Marka Hłaski: "Ty jesteś tak zwana mądra kobieta, o ile takie istnieją. To znaczy najbardziej nieszczęśliwa. Dlatego, że jesteś mądra. Że wszystko rozumiesz, że wszystko wybaczasz, że wszystko potrafisz mądrze ustawić. Za mądrość płaci się cierpieniem, Krystyno. Biedne nieszczęśliwe, mądre kobiety. Żal mi was, bo prawie zawsze giniecie przez głupców. Jesteś mądra Krystyno. Jesteś piekielnie mądra, ty idiotko." 

Krystyną moglibyśmy nazwać zbiorowego bohatera tej książki. Krystyna jest bardzo mądra, bardzo wrażliwa i popełnia bardzo dużo błędów. Joanna Przetakiewicz stworzyła coś niesamowitego: począwszy od siebie, zebrała historie (nie)zwykłych kobiet, z których każda wypełniłaby po ostatnie strony najlepsze psychologiczne powieści. 

Kobiety nie pozostają anonimowe, pokazują twarz, nie należą do świata celebrytów (Bogu dzięki!), są do bólu prawdziwe. Tak, w tej książce ból mógłby być bohaterem drugoplanowym, który pod koniec okazałby się sprzymierzeńcem (niczym uwielbiany przez widzów kryminalista o gołębim sercu). To ból popchnął każdą z bohaterek do wykrzesania z siebie pokładów sił, o których nie miały wcześniej pojęcia. 

Historie "z życia wzięte" czyta się jak dobre literackie opowiadania. Żadne słowo nie razi fałszem, żadne uczucie nie jest wyolbrzymione. Rozwód, choroba, rozstanie, bankructwo, przemoc, nieszczęśliwe dzieciństwo - przecież to wszystko jest jak plastelina, za pomocą której niewidzialne Boskie ręce lepią naszą ziemską podróż, a co za tym idzie - człowieczeństwo. Im więcej przeżyłaś, tym bliżej ludzi jesteś. Bohaterki Joanny Przetakiewicz pokazują, że owszem, Panie Hłasko, może i giną przez głupców, ale podnoszą się jak niepokonany zawodnik, gotowe na kolejną rundę. Mogą oberwać po pysku, mogą nawet znowu się zachwiać lub upaść, jednak w efekcie końcowym to one będą dzierżyć puchar zwycięstwa. 

Siła jest kobietą. Drogie Panie, nie zapominajcie o tym. 

piątek, 5 lutego 2021

Powrót z Bambuko/ Katarzyna Nosowska

 ROZMOWY W TOKU

O ile nasze pierwsze spotkanie z opowieściami zebranymi przez genialną Kasię Nosowską ("A ja żem jej powiedziała") powodowało przeważnie beztroski śmiech, o tyle w "Powrocie z Bambuko" Kasia rozprawia się z dużo poważniejszymi (często niewygodnymi) kwestiami niż (nawiasem mówiąc, urocze) uwielbienie do Kardashianek. 

Tematy można by mnożyć. Kasia przypomina o bohaterstwie samotnych matek, wskazuje na potrzebę uważności i empatii, ale też piętnuje bezcelową (ludzką) pogoń za nieosiągalnym szczęściem. Szczerze wypowiada się na (gorące obecnie) tematy aborcji oraz grzechów Kościoła Katolickiego. Zawsze stoi po stronie dzieci. Podkreśla, że przemoc rodzi przemoc i bywa "cicha jak milczenie." Nie omija tematu alkoholizmu, internetowego hejtu i zdrowia psychicznego. Opowiada o atakach paniki i przemocowych związkach. 

Niezwykle cenne jest to, że pomiędzy gawędziarskim tonem a dykteryjkami autorka ujawni nam również trudne momenty z przeszłości, kiedy, niezależnie od wieku, nie potrafiła zracjonalizować sytuacji i wyrwać się ze szponów emocjonalnego grzęzawiska. 

Ten, kto jest w pewnym stopniu zaznajomiony z psychologią, na pewno dostrzeże, że Kasia ma za sobą porządną (i z pewnością wyczerpującą) terapię, z której kluczowe wskazówki wybrzmiewają czytelnikowi jak kościelny dzwon (czyli: nawet jeśli nie chcesz go słyszeć, to i tak dudni). Słowa Kasi są jak niesione przez rozszalały wiatr ziarno - które być może początkowo upadnie na glebę jałową,  ale już za drugim czy trzecim razem "uleży się" na żyznym podłożu i wyrośnie z niego coś pięknego. 

Tak samo jest z naszą głową. Jeżeli wpuścimy do naszych mentalnych struktur troszkę świeżego powietrza, rozejrzymy się po strychu wpojonych nam od lat schematów i oczekiwań, a nawet wyrzucimy przykurzone kufry sentymentalizmu, to ostatecznie zakasamy rękawy i zarządzimy generalne porządki, a efektem tego będzie świeży, zdrowy umysł i całkiem udane życie. 

"Szkoda serca, które czeka zamrożone - zupełnie jak trzymany w lodzie Walt Disney - aż będzie możliwe uleczenie." Kasia namawia: weź sprawy w swoje ręce, wyjdź z bezpiecznej kilku(nastu)letniej skorupy, oswój zmianę i bądź wreszcie sobą. Fakt, osiągnięcie wiecznego dobrostanu jest poza ludzkim zasięgiem, ale można przecież fajnie żyć, prawda? 

niedziela, 24 stycznia 2021

Hillbilly Elegy (Elegia dla bidoków)/ reż. Ron Howard

 SIDŁA NAŁOGU



Z miejsca zaznaczam, że to jedna z nielicznych sytuacji, kiedy skusiłam się na ekranizację, nie czytając powieści (mea culpa) - nie mogę zatem odnieść się do głosów krytykujących ewentualne nieścisłości lub wypaczenia. 

Trzeba przyznać, że Ron Howard wykonał kawał dobrej roboty. Film jest świetny, chociaż tematycznie ciężkostrawny - odradzam osobom zmagającym się z nałogami lub świeżo trzeźwiejącym. Nad bohaterami bezustannie unosi się czarna, gradowa chmura. Nawet gdy się uśmiechają (zwłaszcza wtedy!), czujemy pod skórą, że za kilka minut wybuchnie emocjonalna bomba, która zmiecie z powierzchni ziemi jakiekolwiek cząstki radości. 

Tak naprawdę na pierwszy plan wysuwa się alkoholizm. To on jest protagonistą i wokół niego oscylują perypetie innych postaci. Nałóg sprawuje kontrolę nad ciałem i umysłem. Wpierw zżerał od środka matkę Bev, Mamaw (za sprawą jej agresywnego męża alkoholika), by następnie "dopaść" ją samą, a kilka lat później podjąć próby uwiedzenia jej syna, J.D. Vance'a (nota bene narratora historii). O ile ojciec Bev "poprawił się" po kilkunastu latach, zaś J.D.Vance stawił opór przebiegłemu wrogowi, o tyle Bev (w tej roli genialna Amy Adams) wywiesiła białą flagę i z otwartymi ramionami powitała oprawcę. 

Sceny z dzieciństwa J.D.Vance'a przyprawiają o gęsią skórkę (ostrzegam, nie każdy widz jest w stanie przez nie przebrnąć!) - ogrom cierpienia, jakie przysporzyła mu matka, wydaje się nie do zniesienia. Nałóg odsłania nam bezpardonowo wszystkie swoje karty - manipulację, toksyczność, przemoc, brak racjonalnego myślenia, upokorzenia, autodestrukcję. To, że syn Bev "wyszedł na ludzi", można określić mianem cudu. 

"Elegia..." przede wszystkim odziera ze słodyczy obraz rodziny jako oazy spokoju i kolebki miłości. Pomimo wspólnych spotkań i pozornych wielopokoleniowych więzi, to przecież rodzina zafundowała D.J Vance'owi egzystencjalne piekło. Z samego dna wspinał się na kolejne jego kręgi, aby ostatkiem sił się uwolnić i zostawić przeszłość za sobą. Zostawić - nie znaczy zapomnieć. Jest taka scena, w której uzależniony emocjonalnie syn (będący na każdorazowe zawołanie niestabilnej matki, którą oczywiście w wypaczony sposób kocha), decyduje się odwiązać węzeł oplatający mu szyję i zrezygnować z psychologicznego samobójstwa, które konsekwentnie popełniał od kilkunastu lat. Zostawia w hotelu swoją odurzoną alkoholem matkę, symbolicznie (i dosłownie) wypuszcza ją z rąk, aby zawalczyć o siebie i przyszłe życie. 

Nasuwają mi się skojarzenia ze znakomitym skądinąd obrazem "Mój piękny syn" (pisałam Wam o nim rok temu w lutym). Ojciec Nica również po długiej, naznaczonej toksyczną miłością drodze, dociera do muru, za którym była już tylko śmierć własnego jestestwa. On także dokonuje wyboru, pozwala synowi odczuć skutki nałogu na własnej skórze, bez jego pomocnej dłoni. 

Oba filmy są oparte na faktach, co z pewnością wpływa na ich odbiór. Mając przed oczami wydarzenia, które kiedyś NAPRAWDĘ miały miejsce, odczuwany wstrząs jest jeszcze bardziej dotkliwy. Bogu dzięki, te historie w rzeczywistości miały swój szczęśliwy ciąg dalszy. Zarówno Nic, jak i Bev od kilku lat są trzeźwi. 

Gdybym miała okazję, zmieniłabym więc tytuł filmu na: ELEGIA O OCALONYCH.  

sobota, 9 stycznia 2021

Porwana/ twórcy: Natxo López, Ruth García, David Oliva

 TO WSZYSTKO MIŁOŚĆ SPRAWIŁA


Hiszpańska perełka Netflixa. 

Reklamowany jako opowieść o ojcu, który celowo trafia do kolumbijskiego więzienia, chcąc odnaleźć porywacza swojej córki, w rzeczywistości serial jest misternie uplecioną opowieścią o tym, do czego może popchnąć nas miłość. 

W zawrotnym tempie fabuła poszerza się na naszych oczach, wymaga stuprocentowego skupienia i tworzenia mentalnej sieci połączeń. Tutaj każdy bohater ma motyw, który - co gorsza! - jesteśmy w stanie zrozumieć, uzasadnić. 

Absolutnie nic nie jest takie, jakby się wydawało, nikomu nie wolno ufać. Poszczególne odcinki fundują nam wbijające w fotel zwroty akcji, które próbujemy przetworzyć i dopasować do układanki, zanim wystąpią kolejne. 

Na samym początku drogi każdej z postaci pojawiła się miłość - do brata, do córki, do żony - która zdeterminowała później ich życiowe wybory i popchnęła ku błędnym decyzjom. Uniwersalizm uczucia sprawia, że potrafimy wejść w skórę bohaterów, przyznać im rację i - nawet w przypadku mocno kontrowersyjnych etycznie zachowań - powiedzieć: zrobiłbym dokładnie tak samo! 

Plejada oryginalnych postaci - główna bohaterka prawniczka Angelita (rewelacyjna Adriana Paz) przyciąga widza nie tylko cudną urodą, ale nade wszystko silnym charakterem, odwagą i nieustępliwością w walce o sprawiedliwość. Antonio - ojciec, któremu śmierć nie jest straszna, byleby dowiedzieć się, czy ukochana córka żyje. Milena - matka, która obsesyjnie chroni swoje dziecko, gdyż ma ku temu istotne powody. 

Dodajmy do tego niesamowitą grę aktorską, genialny montaż i błyskawiczną akcję, a otrzymamy serial, który (miejmy nadzieję) na stałe zapisze się na kartach kinematografii. Dla mnie 10/10. 

niedziela, 3 stycznia 2021

Wuthering Heights/ Emily Brontë

MIŁOŚĆ SILNIEJSZA NIŻ ŚMIERĆ

"Be with me always - take any form - drive me mad! only do not leave me in this abyss, where I cannot find you! Oh, God! it is unutterable! I cannot live without my life! I cannot  live without my soul!"


Jedyna powieść Emily Brontë - powieść, bez której literatura angielska (a potem również światowa) nie byłaby taka sama. Źródło niezliczonych inspiracji (chociażby kultowych autorek powieści z gatunku teen novel: Stephenie Meyer czy Amandy Todd), niejednokrotnie przenoszona na ekran. ARCYDZIEŁO, które trzeba znać! 

Moja przygoda z "Wichrowymi Wzgórzami" rozpoczęła się w okresie licealnym, kiedy u mamy na półce z "klasykami" znalazłam przepięknie wydany beżowy pozłacany egzemplarz. Po kilku dniach książka krążyła wśród moich przyjaciółek, a dla każdej z nas obsesyjnie zakochany Heathcliff był facetem ze snów. 

"Wichrowe Wzgórza" to historia dzikiej, niepohamowanej miłości i epickich wyborów, osadzona wśród angielskich wrzosowisk i mrocznych, gotyckich rezydencji. Narracja "szufladkowa" może początkowo irytować (zwłaszcza współczesnego czytelnika); warto jednak przezwyciężyć niechęć, aby móc zatopić się w szaleńczym uczuciu, towarzyszyć Catherine w życiowych decyzjach, obserwować zemstę Heathcliffa i poczuć ten jedyny w swoim rodzaju (później już niepodrabialny) wiejący znad wrzosowisk wiatr. 

Nieokrzesany Heathcliff stał się prototypem kochanka, dla którego nic (nawet śmierć) nie stanowi przeszkody, by połączyć się z ukochaną - zresztą do klasyki przeszła scena, w której odkopuje jej trumnę, aby jeszcze raz przytulić ciało. Wybór Catherine - pomiędzy miłością "wygodną" a miłością prawdziwą - od pierwszych stron wydaje się być naznaczony nieuchronną tragedią.  

Mając już te lata co teraz, ogarniają mnie pewne wątpliwości, czy aby buntowniczy i niebezpieczny Heathcliff jest dobrym kandydatem na chłopaka. Kiedy jednak czyta się "Wichrowe Wzgórza", wydaje się, że tylko miłość wszechogarniająca i nieokiełznana jest warta zachodu, zaś nikt nie potrafi kochać tak jak bajroniczny Heathcliff. Co począć - magia literatury. 

Gotyckie klimaty w wyjątkowym wiktoriańskim wydaniu. MUSICIE TO PRZECZYTAĆ!

czwartek, 8 października 2020

25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy/ reż. Jan Holoubek

 WOLNOŚCI ODDAĆ NIE UMIEM


Wiemy, o czym jest ten film i z tą (mniejszą lub większą) wiedzą idziemy do kina. Nasza perspektywa poszerza się o drastyczne szczegóły z pobytu pana Tomasza w więzieniu, jak również o detale "procedury" zatrzymania i skazania - wstrząsające sceny z przesłuchania, mataczenie w śledztwie, ekspresowy wyrok. 

Historia znana, przytaczana w wywiadach osobistych pana Tomasza, jak i w publicznych dyskusjach. Ba! Nawet już przez niektórych znienawidzona i oklepana, z przypiętą łatką pt. "Komenda celebryta." (nie ulega wątpliwości, że zawiść to cecha narodowa Polaków) To, co mnie uderzyło w obrazie Holoubka, to wierne odtworzenie niezwykle bliskiej i wyjątkowej więzi łączącej bohatera z jego matką. Agata Kulesza jest świetna - scena, gdy wygraża synowi palcem, krzycząc po oknem szpitala, ukazuje kobietę, która swą siłą pokona każde zło, każdą ciemność. Drobne gesty, uśmiechy, słowa - składają się na piękną całość, która potwierdza to, o czym pan Tomasz niejeden raz wspominał w późniejszych wywiadach - jego rodzina nie poddała się nigdy. Kiedy widzimy ich regularne odwiedziny w więzieniu, podczas których przyprowadzają do wujka Tomka kolejne rodzące się dzieciaki - uśmiechamy się przez łzy. Esencja życia. Miłość. 

Bohaterowie nie są przepiękni, rodem z Hollywood i to też jest dużym plusem filmu. Mieszkają na kupie w małym mieszkanku, znają się jak łyse konie. Skoczą za sobą w ogień. Ludzie prości, z mocnym moralnym kręgosłupem. Bije od nich ciepło i "swojskość."

Dla mnie jest to nade wszystko film o miłości. O tym, że matka dla swojego dziecka zrobi absolutnie wszystko. 

Jest to też film o byciu przyzwoitym. Kiedy policjant Remigiusz przypadkowo odkrywa nieprawidłowości w śledztwie, podejmuje odważną decyzję, by stawić czoło systemowi sprawiedliwości. Jest jedna znamienna scena, kiedy informuje żonę o tym, że jego walka może się źle skończyć i z miejsca zyskuje jej stuprocentową aprobatę - "wiesz, co masz robić," powie mu. Razem z kolegami prokuratorami policjant stawia na szali swoją dotychczasową karierę. Drąży sprawę tak długo, aż na światło dzienne wychodzi niekompetencja organów ścigania, brutalność funkcjonariuszy i presja "osób z góry", by sprawcę (byle jakiego) koniecznie skazać. Dla przeciętnego widza proces Komendy wydaje się totalnie absurdalny, w papierach nie zgadzało się nic. 

Jednak warto być przyzwoitym, prawda? Może i się nie opłaca, ale uratowanie życia drugiemu człowiekowi stanowi sens człowieczeństwa, istotę naszego jestestwa. Żyjemy dla innych, nie dla siebie. 

Końcowe ujęcie, w którym filmowemu Tomkowi użycza papierosa prawdziwy uśmiechnięty Komenda, napawa nadzieją i koniec końców wychodzimy po projekcji do głębi poruszeni, ale szczęśliwi, że sprawa miała taki a nie inny finał. 

środa, 1 lipca 2020

Normalni ludzie/ Sally Rooney

KIM WŁAŚCIWIE SĄ NORMALNI LUDZIE?



"(...) nie jestem religijny, ale czasem naprawdę myślę, 
że Bóg stworzył cię dla mnie."

Co się dzieje, kiedy spotykają się dwie pokiereszowane przez przeszłość osoby, usiłując stworzyć coś na kształt związku? Można przewidzieć: system gierek, niedopowiedzeń, manipulacji i ucieczki od zbliżeń przeplatają się cyklicznie z euforyczną miłością i (nie)pozornymi chwilami szczęścia.

Przekrój przez cztery lata wspólnej szarpaniny i braterstwa dusz, powrotów i odejść, upokorzeń i ekstatycznych uniesień może czytelnika nieźle umęczyć. Mnie osobiście zmęczyło, ale może właśnie dlatego, że "związek" Marianne i Connella jest po prostu realny? Chwilami bywa romantyczny, ale daleko mu do Szekspira czy Austen. Raczej surowy, obdarty ze słodkiej otoczki, jednocześnie wypełniony miłością aż do bólu. Sęk w tym, że za obojgiem ciągnie się ogon paskudnych emocjonalnych doświadczeń, które - nieproszone - wyłażą na wierzch akurat wtedy, kiedy pojawia się szansa na piękny spacer w chmurach, "okno wychodzące na prawdziwe szczęście," którego - jak opisuje autorka -  nie można otworzyć ani się przez nie przecisnąć.

wtorek, 26 maja 2020

Pozwól mi wrócić/ B.A. Paris

KIEDY ZŁOWROGA PRZESZŁOŚĆ STUKA DO DRZWI


Layla znika w tajemniczych okolicznościach, w trakcie powrotu z romantycznego wyjazdu z narzeczonym Finnem. Nigdy nie odnaleziono jej ciała, więc ciągle figuruje w spisie osób zaginionych.

Mija kilka lat, Finn jest w związku z - o, ironio - siostrą Layli, Ellen; planują ślub. Ni stąd, ni zowąd, zaczynają się dziać przedziwne rzeczy. Oboje znajdują w różnych miejscach małe laleczki matrioszki, które zarówno Finn jak i Ellen kojarzą momentalnie z pewną opowieścią z dzieciństwa Layli. Dodatkowo, ktoś twierdzi, że ją widział, ba! nawet sama Ellen jest tego niemalże pewna.

Robi się dość złowieszczo. Finn wdaje się w korespondencję z kimś, kto podaje się za zaginioną dziewczynę i bawi się z nim w kotka i myszkę. Pytanie, czy tym kimś jest osoba, którą zna, czy może którą znali oboje, a może ... (choć wydaje się to surrealistyczne) sama Layla?

Fajnie się czyta, jak wszystkie dotychczasowe powieści B.A. Paris. Typowy (i to nie przytyk) thriller psychologiczny. Końcówka szokuje, więc warto.

PS. Spoiler: Finn nie mówi całej prawdy.

niedziela, 10 maja 2020

Dziewczyna, którą znałaś/ Nicola Rayner

KOBIETA WIDMO 


Piękna dziewczyna o czerwonych włosach Ruth zniknęła kilka lat temu. Uznano, że utopiła się w jeziorze, nad ranem po zakrapianej studenckiej imprezie. Ruth należała do studenckich znajomości George'a, męża Alice. (kobieta nie do końca jest świadoma wszystkich sekretów swojego męża, na marginesie) Kiedy wychodzi na jaw, że Ruth i George byli kiedyś ze sobą związani, a dodatkowo Alice mija w pociągu tajemniczą rudowłosą piękność, rozpoczyna swoiste prywatne śledztwo i odkrywa karty ukryte przed laty przez ukochanego (?) męża. W retrospekcjach poznajemy studenckie życie w St. Anthony's, a wraz z nim - poza przyjaźnią i miłością -  przemoc i perfidne intrygi, które nierzadko przyprawiają nas o gęsią skórkę.   

Nie jest to literatura wysokich lotów, ale szybko i miło się czyta, raczej jak niezły sensacyjny film, z zaskakującym finałem. 

piątek, 3 kwietnia 2020

Pacjentka/ Alex Michaelides

"LECZ CZEMU ONA STOI TAK, MILCZĄCA" 


"Wierzę, że wszyscy jesteśmy wariatami, tylko w różny sposób." 



Z jednej strony gratuluję autorowi TAKIEGO debiutu powieściowego, a z drugiej - ślę wyrazy współczucia, ponieważ nie wyobrażam sobie sięgnąć na podobne wyżyny po raz kolejny.

"Pacjentka" to jest zdecydowanie fenomen literacki. Świetnie napisana opowieść o młodym psychoterapeucie, Theo, który za punkt honoru stawia sobie pracę z Alicią - zabójczynią męża, przebywającą w zakładzie psychiatrycznym. Ba! Celowo się tam zatrudnia, aby do niej dotrzeć.

Nie jest to zwykła terapeutyczna praca, albowiem Alicia od czasu zabójstwa milczy. Jest w powieści takie świetne określenie: wycofanie się "na ziemię niczyją choroby psychicznej." Zatem Alicia nie mówiła nic, kiedy ją aresztowali, nie mówiła również później w trakcie procesu, aż w zasadzie lekarze machnęli ręką i skupili się na odpowiedniej dawce leków, które zagwarantowałyby bezpieczeństwo zarówno jej, jak i otoczenia.

Theo nie daje za wygraną i wkręca się w swoiste śledztwo, odwiedzając krewnych Alicji, analizując jej dzieciństwo, a nawet - jak twierdzi kolega z pracy - dając się mentalnie "uwodzić." Jego zainteresowanie Alicią zakrawa o obsesję.

Oprócz tego poznajemy codziennie życie Theo, jego nieudane dzieciństwo oraz - wydawałoby się - udane małżeństwo.

Tyle mogę powiedzieć. Resztę MUSICIE przeczytać sami. Powiem jedynie, że w pewnym momencie poziom adrenaliny osiągnie apogeum. Po prostu padniecie z zaskoczenia, gwarantuję! Jak dla mnie majstersztyk.

sobota, 22 lutego 2020

Tak Cię straciłam/ Jenny Blackhurst

NIE UFAJ NIKOMU


Dzieciobójczyni. 

Susan opuszcza szpital psychiatryczny 3 lata po tym, jak została oskarżona o zabójstwo swojego malutkiego synka. Pomimo że kompletnie nie pamięta momentu morderstwa (wie tylko tyle, ile zeznali inni), uwierzyła w swoją winę i zaakceptowała karę. Wersja oficjalna: zabójstwo w trakcie depresji poporodowej. 

Próbuje zacząć życie "od nowa" (na tyle, na ile się da), z nową tożsamością, w innym miejscu. Jednak przeszłość nie daje o sobie zapomnieć - zaczynają dziać się osobliwe rzeczy. Zdjęcie starszego chłopca podrzucone w kopercie, wycinek artykułu sprzed lat znaleziony w torebce, włamania - jednym słowem szereg niewytłumaczalnych zjawisk, które mogą szybko doprowadzić do obłędu.  

Nie ujawnię szczegółów, gdyż w ten sposób zepsułabym całą zabawę. Ale powiem Wam, że powieść jest świetna, a tzw. drugie dno faktycznie przyprawia o gęsią skórkę. Okazuje się, że właściwie niczego (nikogo) nie można być pewnym, że zapomniane (pozornie) sprawy sprzed kilkunastu lat mają swój ciąg dalszy, a upiory z przeszłości wychodzą z czeluści na światło dzienne i zamieniają twoje życie w koszmar.