Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 listopada 2024

Gdzie śpiewają raki/ Delia Owens

MAGICZNA  PRZYPOWIEŚĆ O PEWNEJ DZIKUSCE Z BAGIEN



Lubuję się w rozmaitych formach literackich: kocham twórczość naszych wielkich poetów (Szymborska, Różewicz, Baczyński, Herbert), uwielbiam romantyzm  Poświatowskiej, czytam reportaże oraz powieści obyczajowe. Fascynują mnie dobre kryminały i rzewnie płaczę przy love stories (ha, ha!). Cenię wartką akcję, a jednocześnie wprost ubóstwiam powieści „przegadane”, w których bohaterowie dywagują o życiu  i – pozornie – „nic się nie dzieje”.
Ale przede wszystkim – doceniam KUNSZT słowa. Raz na kilka lat, natknę się na taką pozycję, której – przyznaję z ręką na sercu – nigdy, przenigdy, w najśmielszych marzeniach, nie udałoby mi się stworzyć. Szczerze - nie potrafiłabym tak misternie połączyć słów, a co dopiero utkać z nich zdania, które sprawią, że czytelnik z miejsca pokocha bagienny krajobraz oraz – nie należąc bynajmniej do grona fanów  ornitologii – zachwyci się bogactwem gatunków ptaków na pobliskich mokradłach. Moi drodzy – w powieści Delii Owens jest, krótko mówiąc, WSZYSTKO.

Nawet jeśli omijaliście opisy przyrody w „Nad Niemnem” (pani Orzeszkowa, przepraszamy!), to daję Wam gwarancję, że u Owens zatopicie się w nich na amen. Przepadniecie na parę dni, w tym „bezkresie nieba i wody”, w gęstych szuwarach, gdzie w ciemności może czaić się niebezpieczeństwo. Pochłonie Was do reszty życie pewnej dzikuski Kyi, zwanej przez lokalną społeczność „Dziewczyną z Bagien”. Jest to bowiem życie niezwykłe, niepodobne do innego: na kompletnym pustkowiu cierpienie codzienności przeplata się z magią chwili, nienawiść bliskich z miłością obcych, dobro ze złem, a życie – ze śmiercią. Powieść nabiera rumieńców, kiedy lokalni chłopcy znajdą niedaleko bagien pewnego młodzieńca, ruszy śledztwo, a jedną z podejrzanych stanie się nasza dzika i wolna Kya.

„Gdzie śpiewają raki” to także apoteoza życiowej mądrości i nauki poprzez doświadczenie, zmysły, „czucie”. Wiedza płynie zewsząd – zarówno z książek, które podaruje ci tajemniczy sąsiad, jak i z otaczającej przyrody, z której prawami – jeśli bacznie zaobserwujesz - zaznajomisz się bez lekcji biologii w szkole. Niech Was jednak nie zmyli będąca przedmiotem plotek samotność bohaterki! W rzeczywistości wszystko, co najważniejsze w jej życiu, dzieje się poprzez (lub z powodu) relacji z drugim człowiekiem. Owens poprowadzi nas z Kyą za rękę, abyśmy odczuli na własnej skórze, co znaczy światło i mrok człowieczego wnętrza. Razem z nią zapytamy: „Ile warto poświęcić, by pokonać samotność”?

Powiedzieć „polecam”, to jakby nic nie powiedzieć. A muszę się Wam zwierzyć – nie będąc entuzjastką wspomnianych wyżej opisów przyrody, zbierałam się do czytania dobrych kilka miesięcy. Tylko po to, by później ochrzcić tę powieść mianem jednej z kilku najważniejszych wśród literackich odkryć.

PS Uprzedzając pytanie - tak, moi drodzy, dowiecie się, „gdzie śpiewają raki”.

czwartek, 15 sierpnia 2024

Boże, daj orgazm. Jak być sobą w seksie/ Violetta Nowacka

 KOBIECY POWRÓT DO KORZENI


Już widzę teraz Wasze miny! Ha, to tylko sprytny zabieg autorki - nie jest to bynajmniej książka o pozycjach seksualnych i osiąganiu orgazmu (co i tak nie byłoby oczywiście niczym złym), ale genialnie napisany traktat o stłumionej kobiecości, która po latach próbuje znaleźć ujście i dopomina się o należyte jej prawa. (!)

Autorka, Violetta Nowacka, jest psycholożką i terapeutką, uczennicą samego prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza (aby poznać rozważania profesora na temat kobiet, kliknij tutaj ). Na podstawie wieloletnich doświadczeń rozmów z kobietami, analizuje wpływ nauk Kościoła Katolickiego na funkcjonowanie kobiet w społeczeństwie i ich pozycję w hierarchii społeczno-rodzinnej. Surowo (ale z szacunkiem) punktuje kontrowersje związane z Katechizmem KK i podaje konkretne przykłady krzywdzącej narracji na temat kobiet (scheda po patriarchacie, który w sferach KK niezwykle trudno wykorzenić). Przede wszystkim jednak pokazuje, jak pielęgnowane od (tysięcy) lat schematy, wdrukowywane kobietom przez kolejne pokolenia, odcisnęły piętno na ich psychice i postrzeganiu siebie samych. Autorka podkreśla, że "ciało to portal dla duszy" i powinno być jej sojusznikiem, a nie wrogiem. Tymczasem ... w rozmowach z kobietami bezustannie przewija się temat wstydu, kompleksów, zakazów, nietolerancji, uległości seksualnej, kultu dziewictwa czy też nadmiernej skromności.  

Już na samym początku pani Nowacka zaznacza, że nie ma zamiaru walczyć z wyznawcami religii katolickiej. Czytając książkę, odczułam bardziej chęć rozprawienia się ze szkodliwymi stereotypami na temat kobiecej seksualności, których źródła należy szukać zawsze w dzieciństwie i wychowaniu - a w naszym kraju w przeważającej większości jest to wychowanie w duchu religii katolickiej. 

Pacjentkami autorki są kobiety 25-50+, które pogrzebały swoją kobiecość na skutek niesprawiedliwych osądów albo wpajanych im przez rodziców i księży (lub siostry zakonne) jedynych, słusznych prawd (między innymi: zakaz masturbacji i seksu przedmałżeńskiego, potępianie homoseksualizmu, antykoncepcji i rozwodów). Podczas terapii szukają swoich korzeni i uczą się dostrzegać kobiece piękno, a także dawać sobie przyzwolenie na wyrażanie siebie, również w sferze seksualnej. Aby jednak do tego dotrzeć, trzeba wyleczyć to, co nieuleczone i zaopiekować się swoją kobiecością. 

I o tym jest ta książka. Polecam bezapelacyjnie! 

poniedziałek, 15 lipca 2024

It ends with us/ Colleen Hoover

 HISTORIA O TYM, CZYM MIŁOŚĆ NIE JEST


Hm … tym razem nie będzie entuzjastycznych ochów i achów, tylko słodko-gorzka recenzja wraz z subtelnym ostrzeżeniem.

Ale do rzeczy. Wiedziona ciekawością (w sierpniu trafia do kin ekranizacja z uroczą Blake Lively), postanowiłam sprawdzić na własnej skórze, o co chodzi z fenomenem Colleen Hoover. Powieść czytałam po angielsku, nie znam zatem polskiego przekładu, ale uczciwie przyznaję, że w oryginale styl Hoover ani nie razi, ani nie boli. „It ends with us” czyta się dobrze, szybko, pochłania trochę jak kolejne odcinki serialu o miłości.

Tak, jest to powieść o miłości. Bez wątpienia. Wątek z młodości Lily i Atlasa (bardzo fajnie wprowadzony za pomocą listów bohaterki do Ellen DeGeneres) jest przecudny, można się naprawdę zauroczyć (duży plus)! Mimowolnie sięgniecie wspomnieniami do Waszych pierwszych miłosnych doświadczeń, tych czystych, naiwnych,  jeszcze nieskażonych późniejszymi rozczarowaniami.

Przejdźmy do minusów: związek Lily z Ryle’m (czyli wątek główny). OK, kumam, że autorka chciała opisać schemat ofiary uwikłanej w spiralę przemocy i w PEWNYM stopniu jej się to udaje - także poprzez historię matki Lily i jej przemocowego ojca. Aczkolwiek, kiedy zaczyna się  tłumaczenie patologicznych reakcji Ryle’go i analizowanie jego nieszczęśliwego dzieciństwa, zapala nam się czerwona lampka: STOP! To przeczy wszelakim psychologicznym radom udzielanym ofiarom przestępstw, albowiem żelazna zasada brzmi: NIE ANALIZUJ OPRAWCY. Nie pochylaj się nad jego dzieciństwem. Nie poszukuj przyczyn jego zachowania. Nie używaj słowa „miłość”, tam, gdzie występują agresja i przemoc. Skup się na SOBIE i swoim uzdrowieniu. Dlaczego bohaterka (inteligentna, skądinąd, kobietka) nie zwróciła się po pomoc do terapeuty, dlaczego nie wyposażyła się w wiedzę, dzięki której wszystko stałoby się jasne i klarowne? Dlaczego wydawało jej się, że sama znajdzie wyjście z tak wyniszczającego związku, polegając jedynie na swoim (mocno zakrzywionym) osądzie sytuacji?

Totalnie rozumiem zarzuty wobec Hoover, jakoby romantyzowała sprawcę przemocy. Kiedy czytasz, jak on płacze rzewnymi łzami, jaki jest biedny, poraniony, jak chciałby być dobry, ale nie potrafi itd. – otwiera ci się nóż w kieszeni, albowiem nie o to się rozchodzi w schemacie ofiara-kat! Proces zdrowienia nie polega na litości ani współczuciu wobec sprawcy, ale o zadbaniu o WŁASNY dobrostan. I chociaż częściowo bohaterka dochodzi do konkretnych wniosków (pod koniec powieści), to i tak czuję niesmak na myśl o tym, jak ten obraz „pięknego agresora” może namieszać w głowach młodym czytelniczkom, spragnionym wielkiej, namiętnej i burzliwej miłości. Nie sądzicie, że era fascynacji bad boy’em powinna już odejść do lamusa?  Skupmy się na osobach, które obdarzają nas troską i przy których odnajdujemy poczucie bezpieczeństwa.

Moje ostrzeżenie: jeśli masz jakąkolwiek wiedzę psychologiczną na temat relacji sprawca-ofiara, możesz tę książkę przeczytać. Będziesz wtedy wiedział/a, że łobuz wcale nie kocha najbardziej i w obliczu zagrożenia trzeba brać nogi za pas. Jeżeli zaś ten temat jest Ci obcy, wybierz, proszę, inną książkę – o miłości zdrowej, bezpiecznej i przynoszącej ukojenie.

PS  Drodzy autorzy, nie ubierajcie oprawcy w piękne opakowanie: markowy garnitur, dobrą pensję czy czarujące oczy – nic dobrego z tego nie wynika.


sobota, 11 maja 2024

Następstwa/ reż. Megan Park

 RAZ, DWA, TRZY - GINIESZ TY! 



Wydaje mi się, że „Następstwa” (oryg. Fallout) to film na jednorazową projekcję – ale za to niezwykle ważną. Oto poznajemy uczniów amerykańskiego liceum na kilka minut przed szkolną strzelaniną. Kolejne kadry to już tytułowe „następstwa” traumatycznego przeżycia. Główne bohaterki, Vada i Mia (niepodważalna chemia pomiędzy Jenny Ortegą i Maddie Zegler), prowadzą  nas w podróż do swoich najciemniejszych miejsc, gdzie czają się najbardziej podstępne demony. Paleta emocji jest powalająca. Od paraliżującego strachu poprzez rozpacz i żałobę, aż do aktywnego działania. Na skutek strzelaniny, a co za tym idzie, śmierci rówieśników, dzieci nie tylko toną w smutku, ale również wycofują się z życia szkolnego i rodzinnego. W historii Vady widzimy to doskonale na przykładzie jej młodszej siostry, Amelii (fenomenalna Lumi Pollack). Cierpi cała rodzina, przyjaźnie wiszą na włosku, a rana, mimo upływu czasu, zdaje się nie zabliźniać.

To bardzo istotny film w dyskusji na temat dostępu do broni w Stanach Zjednoczonych. Nadzwyczaj realistyczny, skupiający się wyłącznie na skutkach strzelaniny i tym, co zostaje, gdy opadnie kurz. Daję dodatkowe plusy za ukazanie wartości płynącej z psychoterapii i za świetne aktorstwo młodzieży. Obejrzyjcie – bez względu na to, czy jesteście za czy przeciw tzw. gun policy w USA. Następstwa traumy są przecież jednakie niezależnie od naszych poglądów.  

wtorek, 23 kwietnia 2024

Jedno życzenie/ Nicholas Sparks

 "ALE CO TO ZA PRZYJEMNOŚĆ SAMOTNIE OGLĄDAĆ BAŚNIOWY ZACHÓD SŁOŃCA?"


Sparks powrócił w wydaniu, za które pokochałam go dobrych kilkanaście lat temu (kiedy to było? 2001 rok może?). Zachłyśnięcie się "mistrzem romantycznych historii" trwało w moim literackim wszechświecie stosunkowo długo; kolejne powieści zajmowały coraz wyższe miejsca w moich personalnych TOP-ach ("Bezpieczna przystań", "Dla Ciebie wszystko" czy "I wciąż ją kocham"). Zamawiałam anglojęzyczne wersje za niebotyczne sumy, zanim wypuszczano na rynek polskie tłumaczenia. Jego książki towarzyszyły mi przez połowę mojego życia! 

Aż w którymś momencie (chyba przy okazji "We dwoje" albo "Z każdym oddechem") nadeszło jedno wielkie (jakże bolesne!) rozczarowanie. Mistrz stał się powtarzalny, fabuły przewidywalne, a język jakiś taki ... tandetny (sorry, Nick). Nie poddawałam się jednak, postanowiłam, że z uwagi na sentyment podejmę czytelniczą próbę wobec każdej jego powieści i cierpliwie (tudzież naiwnie) poczekam na renesans. 

I oto jest! "Jedno życzenie" mogłoby z powodzeniem być Waszą pierwszą przygodą ze Sparksem - ba! nawet dobrze by się stało, bo poznalibyście go z absolutnie NAJLEPSZEJ strony. Jest tu tyle świeżości, że można by nią obdarować kilka ostatnich - moim zdaniem, kompletnie nieudanych - powieści. 

Sparks przychodzi z nieporuszanym dotąd tematem nastoletniej, nieplanowanej ciąży i świetnie sobie z nim radzi. Umiejętnie ukazuje też niełatwe rodzinne relacje i przepiękną, pełną uroku (i nieprzesłodzoną!) opowieść o pierwszej miłości. A wszystko rozgrywa się na cudownej, malutkiej wysepce, gdzie wszyscy znają wszystkich, gdzie szumi morski wiatr, a na niedzielną mszę do kościoła płynie się porannym promem. 

Ach - i najważniejsze! Mamy dwie perspektywy czasowe, więc dowiecie się również, jaki jest koniec tej historii (plot twist mnie powalił na kilka kolejnych dni). Gwarantuję zachwyt! 

czwartek, 29 lutego 2024

Jeden dzień/ David Nicholls

 "TO W DNIACH MIEŚCI SIĘ NASZE ŻYCIE"


Był film, serial, a potem książka. Rzadko zdarza mi się taka kolejność; wiadomo – wpierw wyobraźnia, a potem „gotowe” rozwiązanie. Ale w przypadku „Jednego dnia” – o, dziwo! - nie miałam nic przeciwko, że twarze Emmy i Dexa istnieją już w filmowej i serialowej przestrzeni, a wypowiedziane słowa już zdążyły na dobre osiąść w mojej głowie.

Film z Anne Hathaway był bardzo dobry, to raczej powszechna opinia. Sceptycznie zatem podchodziłam do Netflixowego serialu, sądząc, że kilkanaście odcinków to zdecydowanie zbyt wiele, że to już było, że po co wskrzeszać i zmieniać, że lepiej nie ruszać …

A potem … ŁUP. Jak obuchem – tyle że w serce. Spokojnie mogę powiedzieć, że serial stoi u mnie na podium obok fenomenalnych „Normalnych ludzi” z Paulem Mescalem i Daisy Edgar Jones. Muzyka, obsada, sceneria – tu WSZYSTKO się zgadza. Każde spojrzenie, każdy grymas i każdy niezręczny gest – mają sens. Serialowa Emma jest harda i cięta jak brzytwa, a Dex uroczy i głupiutki jak but, a razem tworzą niezwykle autentyczny, przepełniony iskrami duet, który chce się przytulić do serca i szepnąć: zostańcie na dłużej.   

Żyjąc na po-serialowym haju, postanowiłam skonfrontować się z kultową powieścią. Davidzie, przybywam i będę krytyczna! – myślę. I po chwili jedno wielkie UFF. Paręset stron czytelniczej rozkoszy. Ta sama wartka akcja, piekielnie inteligentne dialogi i wyłowione z nich literackie perełki. Podsumowując: bierzcie wszystko! Film, serial i powieść – każde osobno jest wartością samą w sobie i każde z nich rozwali was emocjonalnie na sto procent.

Tak to jest z miłością, prawda?

piątek, 9 lutego 2024

Serce w chmurach/ Jennifer E. Smith

STATYSTYCZNE PRAWDOPODOBIEŃSTWO MIŁOŚCI OD PIERWSZEGO WEJRZENIA 


Taki jest tytuł oryginalny ("The Statistical Probability of Love at First Sight") i on idealnie oddaje klimat tej powieści. 

Postanowiłam przypomnieć Wam o tej pozycji z racji bardzo dobrej ekranizacji, którą możecie pod tym samym tytułem ("Spacer w chmurach") oglądać od paru tygodni na Netflixie. 

Zatem: mimo prozaicznego (i wydaje się, że oklepanego) tematu (dziewczyna-chłopak-lotnisko-uczucie-podróże-kłopoty itd.), jest to bardzo przyjemna pozycja dla młodych (i nie tylko!) romantyczek/ romantyków, którym się marzy, że któregoś dnia spóźnią się cztery minuty na samolot i te cztery minuty zaważą na ich przyszłym życiu, ponieważ właśnie w oczekiwaniu na następny lot poznają miłość swojego życia ... A dalej zadziałają już zbiegi okoliczności (albo przeznaczenie ...?) i wydaje się wystarczającym podpisać się pod słowami Dickensa, będącymi mottem tej książki: "Ach, bywają w życiu dni istotnie warte życia i warte śmierci."

Cieplutka, urocza, fajnie napisana. Czego chcieć więcej w te zimne, lutowe, deszczowe wieczory?

środa, 31 stycznia 2024

Antologia poezji miłosnej/ Wydawnictwo IBIS

 "KOCHA SIĘ ZA NIC"




Postanowiłam sprawić sobie na urodziny taki prezencik! Ponad 400 stron (!) literackiej uczty - przekrój przez wszystkie epoki, począwszy od Kochanowskiego czy Morsztyna, przez Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Asnyka, aż do Przerwy-Tetmajera, Leśmiana, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Bursy czy Baczyńskiego!
A oprócz tych najsłynniejszych mistrzów słowa - także ci mniej znani: Edmund Bieder, Światopełk Karpiński czy Andrzej Sosnowski.

Bezapelacyjnie polecam!

środa, 13 września 2023

Wszystko, czym nigdy nie byliśmy/ Alice Kellen

 "NIE BYŁO INNEGO WYJŚCIA, KTÓRAŚ Z KUL MUSIAŁA PRZESZYĆ MI SERCE"


"(...) różnica dzieląca mieć wszystko od nie mieć nic

 często wynosi sekundę". 


Trochę mnie już znacie i wiecie, że przeczytałam tryliony książek o miłości, więc coraz rzadziej zdarza mi się literackie zaskoczenie w tej materii - a tymczasem ... Alice Kellen z miejsca rzuciła na mnie urok! Tłumaczenie z hiszpańskiego jest genialne, chwilami poetyckie, chwilami pikantne, czyli takie jakie ma być! Codzienny żargon przeplata się z językiem duszy - jak w życiu. Czy nie jest bowiem tak, że czasem rzucimy pod nosem nieobyczajne przekleństwo, a za sekundę nasze serce śpiewa serenady i cytuje Szekspira? 

Dużym plusem jest dwutorowa narracja (obecnie dość popularna), ponieważ dzięki niej wchodzimy bezczelnie buciorami w umysł zarówno Axela jak i Leah, a trzeba przyznać, że różnice w postrzeganiu poszczególnych zdarzeń (i świata w ogóle) przez tę dwójkę są siłą napędową całej historii. Historia zaś nie jest typowym przykładem zakazanego (powiedzmy) uczucia i z pewnością nie brakuje jej wielowymiarowości. Leah przeżyła śmierć rodziców, wątek żałoby przeplata się z miłosnymi elektrowstrząsami, co rusz pojawiają się też ciepłe rodzinne wspomnienia, a prawdziwy uśmiech serca wzbudza braterska opiekuńczość. No i ten język Alice Kellen! Co krok mała perełka. Zdanie, wyraz, nietypowe zestawienie, dzięki którym szaleje nasza wyobraźnia. 

Zostawiam Wam na zachętę: 

"Nastawiłem adapter i, sam nie wiem dlaczego, przyszło mi do głowy, że akordy piosenki wplątały się w jej włosy i przyciągnęły ją tutaj, krok za krokiem, nuta za nutą". 

PS. Dla nieletnich: Alice Kellen dość odważnie (ale niezwykle smacznie) przedstawia nam sceny bliskości fizycznej. Dla zwolenników: historia Axela i Leah ma ciąg dalszy - jestem w trakcie tomu drugiego pt. "Wszystko, czym jesteśmy razem". 

sobota, 19 sierpnia 2023

Wilki się czają/ Natasha Friend

 CZY ONA SAMA SIĘ PROSIŁA? - OTO JEST PYTANIE 


"A potem jak cholerny Czerwony Kapturek pomaszerowała radośnie do lasu, gdzie czaiły się na nią wilki".

Spokojnie - jak łatwo się domyśleć z opisu wydawcy (który znajdziecie w każdej internetowej księgarni) - nie jest to powieść o wilkach. Chociaż z drugiej strony ... trochę jest, ale o wilkach w ludzkiej skórze. O wilkach, które w naszym rzeczywistym świecie, za społecznym przyzwoleniem, czają się na swoje ofiary, krzywdząc je niewybaczalnie, poniżając i zostawiając z traumą na całe życie.

Ostrzeżenie: treść jest dosyć drastyczna i nie każdy czytelnik będzie chętny przez nią przebrnąć. Autorka nie koncentruje się nadmiernie na wyrafinowanych szczegółach przestępstw (pozostawiając wiele naszej wyobraźni), ale na działaniach głównej bohaterki Nory i jej przyjaciół. Pomimo początkowego etapu wyparcia, dziewczyna decyduje się walczyć o prawdę i stawić czoło tym, którzy, niepomni na wymiar wyrządzonej krzywdy, bezkarnie wykorzystują niewinne dziewczyny, chronieni przez patriarchalny system i ... jeszcze jedną osobę, której wpływ na cały proceder okaże się kluczowy. (będzie zaskoczenie!) 

I żeby nie było, że "wszyscy faceci są źli" i jest to pozycja skrajnie depresyjna - są też bardzo pozytywne postaci brata Nory oraz jej przyjaciela, a - w tle dramatu - także wątki młodzieńczego uczucia, bezinteresownej przyjaźni i niełatwych relacji rodzinnych. 

Generalnie - "Wilki się czają" to zdecydowanie nie jest dreszczowiec z akcją detektywistyczną w tle. Nie jest to również literackie arcydzieło, które swoim kunsztem powali nas na kolana. To powieść dla dojrzałych czytelników, która porusza niebywale trudną (i niezwykle ważną!) sprawę nadużyć seksualnych (w tym gwałtów) i pokazuje, krok po kroku, proces dochodzenia sprawiedliwości przez ofiarę przestępstwa. 

Świat potrzebuje takich książek. Bez względu na to, gdzie rozgrywa się akcja - powieści tego typu nie tylko otwierają oczy na skalę problemu, ale pokazują też, jak dużo jest jeszcze do zrobienia. Pamiętajmy: kropla drąży skałę. Możemy zacząć od nas samych i podjąć chociażby walkę z głupimi komentarzami, które automatycznie przerzucają winę na ofiarę. Możemy prowadzić (małe lub duże) kampanie - zarówno w realu, jak i w mediach społecznościowych, z uporem maniaka uświadamiając "powątpiewających", że ofiara NIGDY nie prosi się o gwałt i przemoc, a każdy sprawca powinien zostać osądzony i ukarany, niezależnie od jego statusu społecznego czy materialnego, wykonywanego zawodu, przynależności do określonej organizacji i powszechnie panującej o nim opinii.   

Kto wie - być może nasze codzienne działania doprowadzą kiedyś do zmian w postrzeganiu ofiar, a pytania typu "w co poszkodowany/a był/a ubrany/a" znikną z przestrzeni publicznej, zaś kwestia oczywistej winy sprawcy nie będzie nigdy poddawana pod wątpliwość.   

czwartek, 3 sierpnia 2023

Tego lata stałam się piękna/ Jenny Han

 

MIŁOSNY TRÓJKĄT POŚRÓD SZUMU OCEANU 



"Pragnęłam, żeby ta chwila trwała wiecznie, żeby pozostała na zawsze. 
Jak wszechświat zamknięty 
w szklanej kuli, jedna chwila zamrożona na wieki".

Wiem, że mam 41 lat, ale co ja poradzę na to, że uwielbiam teen drama! Po kilku latach, natchniona ekranizacją pod tym samym tytułem (serial na Prime Video - polecam!), powróciłam do trylogii Jenny Han - akurat podczas letnich miesięcy, kiedy miłość unosi się w powietrzu i aż wprost domaga się, byśmy zaprosili ją do siebie. 

Jedna dziewczyna (która tego lata stała się piękna) i dwóch (równie pięknych) braci - czyli prastary miłosny trójkąt i odwieczny dylemat, znany od niepamiętnych czasów: którego wybrać? Plus szum oceanu, wakacyjne szaleństwa, przyjacielskie i rodzinne dramaty oraz - na pierwszym planie - nastoletnie uczucia każdorazowo przypominające emocjonalne trzęsienie ziemi. 

Drodzy starsi czytelnicy (załóżmy, że istnieją poza mną tacy, którzy lubują się w powieściach dla młodzieży) - prawdopodobnie niejeden raz parskniecie z wyższością nad niedojrzałością czy impulsywnością głównych bohaterów, ale już za chwilę przypomnicie sobie (jak ja), że oni są nastolatkami i ich świętym prawem jest doświadczać życia każdym elementem swojego jestestwa. W pierwszej części cała trójka nie ma jeszcze dwudziestu lat, nic zatem dziwnego, że chcą, by "ich miłość płonęła przez całe życie" i chcą być "pijani czułością", bo gdy miłość zawodzi i zostaje złamane serce, to w tym wieku jest złamane na amen i już nigdy przenigdy w życiu się nie poskłada, prawda? 

Zatem jeśli jesteś młodym czytelnikiem - zakochasz się w Jenny Han na sto procent. A jeśli jesteś czterdziestoparoletnim rozsądnym romantykiem - zakochasz się tym bardziej, ponieważ przez parę godzin powróci do ciebie świeżość pierwszej miłości - a wiadomo, że żadna inna nie jest już taka sama. 

sobota, 15 kwietnia 2023

Wieloryb/ reż. Darren Aronofsky

 WIELORYB ROZPACZY


Zajęło mi ponad miesiąc, aby zebrać myśli po moim spotkaniu z „Wielorybem” (reż. Darren Aronofsky).  Przejechał mnie tak potężny emocjonalny walec, że nie sposób było się pozbierać.

Kto oglądał, ten wie. Okrzyknięto go arcydziełem, nie bez powodu. Jeden pokoik, w którym Charlie spędza ostatnie lata swojego życia (a my raptem dwie godziny), jest po brzegi wypełniony tak przeogromnym smutkiem i emocjonalną nędzą, że widz automatycznie od pierwszych minut chłonie je jak gąbka. Ale! – to nie jest wcale a wcale destrukcyjne, albowiem wraz z tą rozpaczą rodzi się w nas (mam nadzieję, przynajmniej!) bezmiar miłości, współczucia i szereg innych szalonych doznań, które kotłowały się pochowane głęboko, gdzieś tam, w środku.

Brendan Fraser jest niesamowity, on po prostu STAŁ się Charlie’m. Mając ograniczone ruchy (z wiadomych powodów), gra w większości twarzą. A te oczy! O matko – te oczy potrafią wyrazić wszystko! Mistrzostwo kreacji, Oskar w pełni zasłużony. Czapki z głów. 

Nie słyszałam jeszcze negatywnych głosów na temat „Wieloryba” (może poza absurdalnymi oskarżeniami o fatfobię, które z obrazem nie mają nic wspólnego). Łzy lecą nieposłuszne, przeżywamy swoiste katharsis. To jest jeden z filmów, których się nigdy nie zapomni, a odkopany z czeluści wspomnień, każdorazowo obudzi nas z uczuciowego marazmu, przypominając, co stanowi esencję życia.

piątek, 22 lipca 2022

Bez tchu/ Jennifer Niven

 "NAPEŁNIAJ OCZY CUDAMI"



Jennifer pisze jak nikt inny. Kiedy się ją czyta (nawiasem mówiąc, genialne tłumaczenia wszystkich trzech powieści!), każde słowo zdaje się być wyrwane prosto z trzewi. Są to słowa surowe, jednocześnie poetyckie, ludzkie, ale i magiczne. Ona potrafi uchwycić NANOSEKUNDY, błyskawiczne flesze przemykające nam przed oczami, momenty wstrzymania oddechu czy zmrużenia oczu - i wszystkie mają znaczenie, wypływają na wierzch z naszego wnętrza, poprzedzając wypowiedziane słowa lub poczynione gesty.

Claude, z powodu rodzinnych turbulencji, spędza wakacje na wyspie i ten nieplanowany wyjazd zmieni w jej życiu wszystko. Claude zacznie odkrywać swoją tożsamość rodową, ruszy w podróż w głąb rodzinnych relacji, pozna historie swoich przodkiń, zanurzy się w ich cierpieniu - wszystko po to, aby znaleźć rdzeń, na którym buduje się swoje jestestwo i potem czerpać z niego siłę, odkryć siebie prawdziwą. 

No i pojawi się Jeremiasz - człowiek wyspy, wody i słońca. Bosonogi i tajemniczy, zaprosi Claude do swojego świata, obnaży swoje słabości, a jednocześnie pozna Claude tak, jak nikt nigdy wcześniej nie poznał. 

"Bez tchu" to też apoteoza pisania. Mieszkańcy wyspy przez lata pisali listy i składowali je w sekretnej szufladzie. Mama Claude jest pisarką i na wyspie szuka inspiracji do kolejnych powieści. Claude używa słów, aby wylać siebie całą na papier. W rozmowie z Jeremiaszem powie: "Kiedy napiszesz rzeczywiście dobre, prawdziwe zdanie, fragment albo scenę, czujesz się niezwyciężony, jakbyś mógł wszystko. Jakbyś miał supermoce: w tym momencie nikt cię nie ruszy. Jesteś najlepszy ze wszystkich". 

Czytajcie Jennifer. Czasami wypełnia nasze serca jak promienie słońca, innym razem rozrywa je na kawałki. Ale zawsze jest prawdziwa, a jej słowa zdają się być napisane tylko dla nas. 

piątek, 6 maja 2022

Rozmowy z przyjaciółmi/ Sally Rooney

 "JEST COŚ PIĘKNEGO W TYM, JAK ODBIERASZ ŚWIAT"




Jeśli zacznę od tego, że Sally Rooney napisała o miłosnym trójkącie (tudzież czworokącie), to pomyślicie, że to bardzo banalne i w ogóle nie ma sensu zawracać sobie "Rozmowami..." głowy. Ale chyba tylko Rooney potrafi z pozornie banalnego tematu stworzyć coś ważnego i wartościowego, i sprawić, że prozaiczne wydarzenia nabierają niemalże metafizycznego wymiaru. 

"Rozmowy z przyjaciółmi" są pierwszą powieścią Rooney, co w sumie ma sens, bo nie są to na pewno wyżyny, na jakie wspięła się w kultowych już obecnie "Normalnych ludziach". Tutaj Sally dopiero się rozkręca, ale już widzimy, że ma oryginalny warsztat i wyjątkowe spojrzenie na świat. 

Rooney trzeba lubić. Pisze bez cudzysłowów i myślników (mnie akurat odpowiada), więc dialogi i rozważania bohaterów zlewają się w jeden - prawie! - strumień świadomości (spokojnie, Sally stawia kropki i używa dużych liter; po prostu musimy być czujni w czasie czytania!). Jest naprawdę charakterystyczna, opisuje, co kto zjadł na śniadanie, w którą stronę się spojrzał i co dokładnie powiedział. Dla niej każdy detal ma znaczenie: począwszy od tostów na śniadanie, przez kanapę w pokoju do pisanych w nocy smsów. To nie koniec! Ważne również, czy bohater w danym momencie przygotowuje posiłek, czy otwiera komuś drzwi, czy podaje dłoń, a nawet ... gdzie leży jego pies (!). Brzmi dość ekstrawagancko, ale uwierzcie, że dzięki tym zabiegom jesteśmy w stanie wyobrazić sobie WSZYSTKO, co Rooney chciała nam przekazać. 

Cała powieść to właśnie rozmowy - z kimś, o kimś, ze sobą, o sobie. Tak jak u nas - one zawsze są PO COŚ, są przyczyną lub skutkiem, z nich składa się codzienność. Jedno słowo prowadzi do następnego, raz wypowiedziane przez nas zdanie żyje za chwilę już poza nami i staje się częścią nowego scenariusza, w którym nie zawsze jesteśmy główną postacią. A bywa i tak, że nasze oczy "prowadzą własną rozmowę", jak u Rooney, jak u Frances i Nicka (ale o tym już musicie sami się przekonać!).  

Prawda jest taka, że albo Rooney Wam się spodoba i będziecie czekać na ciąg dalszy, albo dacie sobie spokój po kilku stronach. Ja jestem z tych pierwszych. A Wy?

PS. Duży plus za bardzo potrzebny wątek medyczny! 

poniedziałek, 3 stycznia 2022

W drogę!/ Beth O'Leary

 ZDECYDOWANIE ZBYT DŁUGA DROGA DONIKĄD


Kiedy Beth O'Leary wydała "Współlokatorów", z impetem weszła do czytelniczego świata 20-30-40-parolatków i zaskarbiła sobie sympatię Bookstagrama. To był niewątpliwy sukces. Dzisiaj ...  mam wątpliwości, czy to dobrze zacząć od bestsellera, który wywołuje wszechobecny zachwyt? Bo co właściwie zostaje "na potem"? Pogoń za ideałem? 

Po znakomitych "Współlokatorach" przyszedł czas na  "Zamianę". Było mniej szału, ale powieść trzymała poziom. Może akcja mniej wartka, ale i bohaterowie przyjemni, i język przyzwoity. 

Wobec trzeciej pozycji miałam duuuże oczekiwania. Streszczenie zapowiadało typową "powieść drogi", wypełnioną uczuciowymi potyczkami głównej pary, a okładka wabiła świetnym designem. Tymczasem ... ku mej wewnętrznej literackiej rozpaczy, odnalazłam 412 stron miłosnej historii, której sedno można by z powodzeniem zamknąć w połowie objętości. (czy tylko ja mam wrażenie, że autorzy co poczytniejszych lektur piszą "na ilość", a nie "na jakość"?) 

Generalnie nie wiem, co definiuje tak zwaną "wielką miłość" Dylana i Addie. On zakochuje się w jej wyglądzie, ona nie rozumie za grosz jego wierszy, a po dwóch tygodniach wakacyjnego romansu są gotowi niemalże układać ze sobą życie, niczym sklonowani bohaterowie ostatniego (nieudanego) Sparksa. 

Autorka przeplata ze sobą dwa plany czasowe, zapewne celem wprowadzenia dynamiki; w rezultacie właściwie czytelnika irytuje, albowiem nie ma w tej opowieści nic aż TAK tajemniczego, co wymagałoby gradacji flashbacków, mających wyjaśnić jakąś niebywałą zagadkę z przeszłości. W rzeczywistości ... ów - nazwijmy to - "sekret" okazuje się być zwykłym nieporozumieniem (co prawda okraszonym dramatycznymi okolicznościami), więc dlaczego czytelnik czeka na niego 400 ciągnących się niemiłosiernie stron?

Żeby nie było wyłącznie gorzko - odnalazłam tu kilka słownych perełek (główny bohater pisze wiersze, więc zasadniczo rozdziały z jego perspektywy należą do najprzyjemniejszych) - kiedy Dylan opisuje Addie ("jest sobą w czystej, nierozcieńczonej formie" ) lub swoje odczucia ("zwijam się w sobie jak ślimak"). Niestety, w niemalże równej ilości mamy banalnie ckliwe opisy przeżyć wewnętrznych, na wzór mało oryginalnych tzw. "książek o miłości". 

Potężny, noworoczny zawód.  

Pozostaje zapytać: dlaczego, Beth? 

piątek, 12 listopada 2021

Hotel Żaglowiec/ Piotr Chojnowski

 JUTRO SAMO O SIEBIE ZADBA


" - Piszesz dziennik? - zdziwił się Józef.

  - Ach, dziennik jak dziennik, bardziej luźne notatki. Takie tam opowiastki i opisy scenek, których nie chciałbym zapomnieć.

  - Planujesz cokolwiek z tym zrobić?

  - Na początku nie planowałem, ale Aleksiej wkurzał się na nierealistyczne postaci i na to, że hotel Żaglowiec nigdy nie mógłby stanowić podstawy udanej powieści. Więc teraz rozważam zebranie swoich zapisków w całość i wydanie ich, żeby zrobić mu na złość".

Taki smaczek pod koniec powieści, a więc pomysł książki, która właśnie się pisze - uwielbiam! 

Co jeszcze? Cudowny, subtelny, inteligentny humor. Świetny język ("Z tępą maczetą kiepskich ocen Erazm przedzierał się zatem przez dżunglę szkolnych lat" - CUDO!). Błyskotliwe dialogi. Plejada nietuzinkowych postaci, które wydają się totalnie oderwane od rzeczywistości, uroczo oldskulowe, wyjęte z kart Dickensa lub Thackeray'a ("Targowisko próżności"!). Cała historia zamyka się w mikroklimacie hotelowego baru, który dla bohaterów stanowi jakoby osobisty konfesjonał, a barman Piotr - odgrywa rolę nienachalnego spowiednika. 

Paradoksalnie, jak przemyca autor, zabieg pt. "żadnej fabuły (...) brak konfliktu i napięcia", sprawia, że "Hotel Żaglowiec" faktycznie (to komplement!) jest książką dla koneserów. Najlepszą! Przez kilkaset stron czas mija nieśpiesznie, bohaterowie przychodzą i odchodzą, niektórzy zostają na dłużej, a życie każdego z nich jest osobnym bytem, tą rzekomo nieistniejącą fabułą, która z powodzeniem mogłaby być zalążkiem nowej powieści (o feministce-aktywistce Anastazji, dorabiającej jako lokalna prostytutka, napisałabym drugą pracę magisterską!) 

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że tytułowy hotel jest symbolem ludzkiej społeczności, niezależnie od współrzędnych geograficznych czy systemu politycznego. Jeżeli w jednym pomieszczeniu egzystują pokojowo takie jednostki jak: niewierzący ksiądz, dumna prostytutka, biedny listonosz, zblazowany hippis czy dowodzący pobliską jednostką generał - jeżeli łączy ich coś więcej niż alkohol, jeżeli potrafią okazywać sobie życzliwość i wsparcie - to może ... może daje to nadzieję na otwarte, tolerancyjne społeczeństwo, w którym górowałyby dobro i przyzwoitość? 

Rozmarzyłam się. A przecież - jak mawia narrator Piotr - jutro samo o siebie zadba. 

czwartek, 22 lipca 2021

Biała Jaskółka/ Jacek Taran

O TYM, JAK RUDOWŁOSA NASTOLATKA BUDZI SKUTE LODEM SERCA


"Ludzkie szczenię, co miłości nie zaznało,

co miłości pragnie w serca głębinie,

przez morze przejdzie suchą stopą śmiało,

a lodowego pana czas wnet przeminie".


Była sobie pewna przepowiednia, na której spełnienie czekali mieszkańcy baśniowej krainy Arkaland. W magiczny sposób czternastoletnia, rudowłosa Julia opuszcza przepełnione cierpieniem życie w sierocińcu i przenosi się do świata morfów, rusałek, żywiołaków, bieżeńców czy warginów. Tam dowiaduje się, że czeka ją długa i niebezpieczna wyprawa do lodowej wieży Ajstojer, której uwieńczeniem będzie albo szczęśliwe życie, albo nieuchronna śmierć. Julia z dnia na dzień uświadamia sobie, że bierze udział w odwiecznej walce dobra ze złem. Po drodze, stopniowo odkrywając drzemiące w niej pokłady siły, usłyszy, że ma w sobie moc przebaczenia, a odwaga zawsze rodzi się ze strachu, zaś jej wędrówka jest nadzieją dla zrozpaczonych. A to wszystko ułoży się w całość dopiero na końcu podróży, podczas walki z wszechpotężnym Baal-Peorem. 

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, sami musicie się w tę wyprawę udać. Musicie minąć Dom Jagi, Petromare i Las Praojców, poznać Anatola, Kastora i małą Ullę, doświadczyć lojalnej przyjaźni i rycerskiej wierności, a także miłości, w której nie liczą się ckliwe słowa, tylko szlachetne czyny. 

Dużo tutaj o rodzinie, o nadziei, o czekaniu na lepsze, o śmierci i żałobie, ale też o tym, jak przekuć to, co trudne w to, co piękne, jak "odwrócić się do przeszłości plecami", przywdziać zbroję i walczyć o coś dobrego, zrobić z cierpienia "tarczę, która dodaje siły".

Mieszkańcy krainy wierzą w prastary porządek natury, czerpią z tradycji, ufają prawdom przodków. "Bez pamięci o tym, co było, nie ma wiedzy o tym, co będzie".

Czytając "Białą Jaskółkę", miałam w głowię ukochaną powieść z dzieciństwa - "Bracia Lwie Serce" (A. Lindgren), ale też "Kroniki Narnii" (C. S. Lewis), Biblię czy ... "Vaianę" Disneya. (!) Dlaczego - przekonajcie się sami. 

Drogi Jacku, dziękuję za przesłaną mi powieść. Mój jeden mały zarzut to jej objętość - wiele scen można by skrócić i otrzymać ten sam efekt. Troszkę się dłużyło (sceny walki aż prosiły się o dynamikę i prędkość!), to taka nieśmiała rada na przyszłość, gdybyś uraczył czytelników dalszymi losami Julii! Jeszcze tyle do opowiedzenia! 

środa, 17 lutego 2021

Zjadacz czerni 8/ Katarzyna Grochola

 WCZORAJ TO HISTORIA, JUTRO TO TAJEMNICA, DZIŚ TO DAR 

 


 „Zjadacz czerni 8” jest jak majestatyczne drzewo. Fundamentem są korzenie – a więc to, co łączy wszystkich bohaterów, (nie)oczywisty rdzeń, z którego każdy z nich został stworzony. Idąc w górę (a więc dalej w życie), drzewo się rozgałęzia, a nawet wypuszcza liście. Tam powstają historie z historii – indywidualne ludzkie dramaty, których jesteśmy naocznymi świadkami. Czasami zielenieją, symbolizując nadzieję na lepsze. Przepełniają  je miłość, ciepło, spokój serca. Bywa jednak, że gniją lub opadają, tak jak gnije ludzka moralność, jak panoszy się grzech i dewaluacja wartości. Te opowieści będziecie składać w całość niczym misternie ułożone domino. Czasami zawieje wiatr i szalejące liście przefruną z gałęzi na gałąź, tworząc (pozornie) chaotyczną zieloną scenerię, która w efekcie końcowym zachwyci prostotą i nieporadnym pięknem.

Bohaterowie Grocholi zmuszają nas do otworzenia kilku pozamykanych drzwiczek, o których nie chcemy pamiętać. Świadomie zamiatamy pod nasz prywatny dywanik wszystkie niewygodne sprawy: zażenowanie, wstyd, strach, zawód miłosny. Czasami wydarzenia ze „Zjadacza” wzbudzają odrazę i chęć natychmiastowego osądu – jeśli dojdziecie do rozdziału 10, zrozumiecie. Przysłowiowy nóż otwiera się w kieszeni, a jednocześnie … niemalże nieuchwytne neutralne … przyswojenie (?) czy chociażby brak odruchowego życzenia śmierci.

Nie zapominajmy jednak, że drzewo pnie się wysoko. W ostatecznym rozrachunku pręży się w stronę światła, w stronę nieba, w stronę jasności.  Tak samo każdy z bohaterów „Zjadacza” w którymś momencie życia wznosi  wzrok ku górze. Jego oczy mogą być już bardzo umęczone cierpieniem, mogą prosić o łaskę zrozumienia, mogą oczekiwać pozaziemskiego spotkania z ukochaną … ale zawsze patrzą TAM, gdzie miłość zwycięża wszystko, gdzie nie ma już czerni i ciemności, gdzie czekają otwarte ramiona ukochanych osób, które kiedyś wymknęły nam się z rąk lub które zabrała nam bezlitosna śmierć.

„Zjadacz czerni 8” to zjawisko literackie. Nie da się go przeoczyć ani o nim zapomnieć, gwarantuję.

niedziela, 14 lutego 2021

#Nie bałam się o tym rozmawiać. Historie bez retuszu/ Joanna Przetakiewicz i bohaterki Ery Nowych Kobiet

 SIŁA JEST KOBIETĄ



Zacznę od Marka Hłaski: "Ty jesteś tak zwana mądra kobieta, o ile takie istnieją. To znaczy najbardziej nieszczęśliwa. Dlatego, że jesteś mądra. Że wszystko rozumiesz, że wszystko wybaczasz, że wszystko potrafisz mądrze ustawić. Za mądrość płaci się cierpieniem, Krystyno. Biedne nieszczęśliwe, mądre kobiety. Żal mi was, bo prawie zawsze giniecie przez głupców. Jesteś mądra Krystyno. Jesteś piekielnie mądra, ty idiotko." 

Krystyną moglibyśmy nazwać zbiorowego bohatera tej książki. Krystyna jest bardzo mądra, bardzo wrażliwa i popełnia bardzo dużo błędów. Joanna Przetakiewicz stworzyła coś niesamowitego: począwszy od siebie, zebrała historie (nie)zwykłych kobiet, z których każda wypełniłaby po ostatnie strony najlepsze psychologiczne powieści. 

Kobiety nie pozostają anonimowe, pokazują twarz, nie należą do świata celebrytów (Bogu dzięki!), są do bólu prawdziwe. Tak, w tej książce ból mógłby być bohaterem drugoplanowym, który pod koniec okazałby się sprzymierzeńcem (niczym uwielbiany przez widzów kryminalista o gołębim sercu). To ból popchnął każdą z bohaterek do wykrzesania z siebie pokładów sił, o których nie miały wcześniej pojęcia. 

Historie "z życia wzięte" czyta się jak dobre literackie opowiadania. Żadne słowo nie razi fałszem, żadne uczucie nie jest wyolbrzymione. Rozwód, choroba, rozstanie, bankructwo, przemoc, nieszczęśliwe dzieciństwo - przecież to wszystko jest jak plastelina, za pomocą której niewidzialne Boskie ręce lepią naszą ziemską podróż, a co za tym idzie - człowieczeństwo. Im więcej przeżyłaś, tym bliżej ludzi jesteś. Bohaterki Joanny Przetakiewicz pokazują, że owszem, Panie Hłasko, może i giną przez głupców, ale podnoszą się jak niepokonany zawodnik, gotowe na kolejną rundę. Mogą oberwać po pysku, mogą nawet znowu się zachwiać lub upaść, jednak w efekcie końcowym to one będą dzierżyć puchar zwycięstwa. 

Siła jest kobietą. Drogie Panie, nie zapominajcie o tym. 

niedziela, 24 stycznia 2021

Hillbilly Elegy (Elegia dla bidoków)/ reż. Ron Howard

 SIDŁA NAŁOGU



Z miejsca zaznaczam, że to jedna z nielicznych sytuacji, kiedy skusiłam się na ekranizację, nie czytając powieści (mea culpa) - nie mogę zatem odnieść się do głosów krytykujących ewentualne nieścisłości lub wypaczenia. 

Trzeba przyznać, że Ron Howard wykonał kawał dobrej roboty. Film jest świetny, chociaż tematycznie ciężkostrawny - odradzam osobom zmagającym się z nałogami lub świeżo trzeźwiejącym. Nad bohaterami bezustannie unosi się czarna, gradowa chmura. Nawet gdy się uśmiechają (zwłaszcza wtedy!), czujemy pod skórą, że za kilka minut wybuchnie emocjonalna bomba, która zmiecie z powierzchni ziemi jakiekolwiek cząstki radości. 

Tak naprawdę na pierwszy plan wysuwa się alkoholizm. To on jest protagonistą i wokół niego oscylują perypetie innych postaci. Nałóg sprawuje kontrolę nad ciałem i umysłem. Wpierw zżerał od środka matkę Bev, Mamaw (za sprawą jej agresywnego męża alkoholika), by następnie "dopaść" ją samą, a kilka lat później podjąć próby uwiedzenia jej syna, J.D. Vance'a (nota bene narratora historii). O ile ojciec Bev "poprawił się" po kilkunastu latach, zaś J.D.Vance stawił opór przebiegłemu wrogowi, o tyle Bev (w tej roli genialna Amy Adams) wywiesiła białą flagę i z otwartymi ramionami powitała oprawcę. 

Sceny z dzieciństwa J.D.Vance'a przyprawiają o gęsią skórkę (ostrzegam, nie każdy widz jest w stanie przez nie przebrnąć!) - ogrom cierpienia, jakie przysporzyła mu matka, wydaje się nie do zniesienia. Nałóg odsłania nam bezpardonowo wszystkie swoje karty - manipulację, toksyczność, przemoc, brak racjonalnego myślenia, upokorzenia, autodestrukcję. To, że syn Bev "wyszedł na ludzi", można określić mianem cudu. 

"Elegia..." przede wszystkim odziera ze słodyczy obraz rodziny jako oazy spokoju i kolebki miłości. Pomimo wspólnych spotkań i pozornych wielopokoleniowych więzi, to przecież rodzina zafundowała D.J Vance'owi egzystencjalne piekło. Z samego dna wspinał się na kolejne jego kręgi, aby ostatkiem sił się uwolnić i zostawić przeszłość za sobą. Zostawić - nie znaczy zapomnieć. Jest taka scena, w której uzależniony emocjonalnie syn (będący na każdorazowe zawołanie niestabilnej matki, którą oczywiście w wypaczony sposób kocha), decyduje się odwiązać węzeł oplatający mu szyję i zrezygnować z psychologicznego samobójstwa, które konsekwentnie popełniał od kilkunastu lat. Zostawia w hotelu swoją odurzoną alkoholem matkę, symbolicznie (i dosłownie) wypuszcza ją z rąk, aby zawalczyć o siebie i przyszłe życie. 

Nasuwają mi się skojarzenia ze znakomitym skądinąd obrazem "Mój piękny syn" (pisałam Wam o nim rok temu w lutym). Ojciec Nica również po długiej, naznaczonej toksyczną miłością drodze, dociera do muru, za którym była już tylko śmierć własnego jestestwa. On także dokonuje wyboru, pozwala synowi odczuć skutki nałogu na własnej skórze, bez jego pomocnej dłoni. 

Oba filmy są oparte na faktach, co z pewnością wpływa na ich odbiór. Mając przed oczami wydarzenia, które kiedyś NAPRAWDĘ miały miejsce, odczuwany wstrząs jest jeszcze bardziej dotkliwy. Bogu dzięki, te historie w rzeczywistości miały swój szczęśliwy ciąg dalszy. Zarówno Nic, jak i Bev od kilku lat są trzeźwi. 

Gdybym miała okazję, zmieniłabym więc tytuł filmu na: ELEGIA O OCALONYCH.