wtorek, 8 października 2024
Nikt tego nie chce/ twórczyni Erin Foster
wtorek, 27 czerwca 2023
Piekło kobiet PL/ Daria Górka
PRAWO PISANE NA LUDZKIEJ SKÓRZE
Poza przywołaniem bezdyskusyjnie kontrowersyjnego "przypadku dr-a Chazana" oraz tragicznej śmierci pani Izabeli z Pszczyny, pani Górka szuka także przyczyn światopoglądowej (a co za tym idzie, prawnej) zmiany, która zaszła niespodziewanie (i w trybie natychmiastowym) wśród polityków partii rządzącej. Tym samym zaprasza do rozmowy reprezentantów kluczowych obecnie stron trwającej "debaty aborcyjnej" - inicjatora prawnej zmiany, posła Bartłomieja Wróblewskiego oraz przedstawiciela środowiska katolickiego, księdza doktora Andrzeja Muszala. Oprócz tego - poznamy punkt widzenia prominentnych ginekologów i psychiatrów, otrzymamy garść rzetelnych informacji na temat hospicjów perinatalnych, a jednocześnie poznamy założenia Fundacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny FEDERA.
Takiemu dziennikarstwu mówię TAK! Pani Górka drąży temat, przywołując dramatyczne historie kobiet, które - po 22 października 2020 roku - zostały pozbawione wyboru dotyczącego kontynuacji ciąży z podejrzeniem wad letalnych. Rozprawa z tematem pozbawiona jest jednak moralizatorstwa i agresywnej narracji. Wręcz przeciwnie! Profesjonalnie, z należytym szacunkiem, pani Daria przeprowadza nawet najtrudniejsze rozmowy - takie, w których chyba mnie osobiście nie udałoby się zachować zimnej krwi.
Powiedzieć, że ta książka poszerzy Wasz obraz sytuacji - to mało powiedzieć. Po przeczytaniu rozdziału na temat retoryki panującej w spolaryzowanym polskim społeczeństwie, zrozumiecie, jak język kształtuje rzeczywistość (bynajmniej jej nie opisując!) i jak mocno wpływa na (tworzoną przez polityków i media) hierarchię naszych moralnych wartości. Dowiecie się, kim są spin doctorzy i dlaczego istnieje przekonanie, że bycie pro-choice powszechnie (i mylnie) uważa się za pochwałę aborcji.
"Piekło kobiet PL" to przede wszystkim opowieść o KOBIETACH. To im oddaje się tu głos, to one wołają o pomoc - zwłaszcza od państwa, którego są pełnoprawnymi obywatelkami. Tu nie chodzi tylko i wyłącznie o umożliwienie legalnego abortowania ciąży, ale - w pierwszej kolejności! - o systemowe wsparcie w momencie urodzenia martwego lub nieuleczalnego dziecka. A, ku naszej rozpaczy i pomimo walki lekarzy czy aktywistów, takowe w naszym kraju praktycznie nie istnieje.
Dla wojujących katolików pozostawię na koniec słowa księdza Muszala: "Mentalność pro-life nie może zawężać się tylko do działań na etapie przedurodzeniowym, powinna również dotyczyć chorych, słabych, niepełnosprawnych - zarówno dzieci, jak i dorosłych. (...) bądźmy pro-life także postnatalnie".
sobota, 15 kwietnia 2023
Wieloryb/ reż. Darren Aronofsky
WIELORYB ROZPACZY
Kto oglądał, ten wie. Okrzyknięto go arcydziełem, nie bez
powodu. Jeden pokoik, w którym Charlie spędza ostatnie lata swojego życia (a
my raptem dwie godziny), jest po brzegi wypełniony tak przeogromnym smutkiem i
emocjonalną nędzą, że widz automatycznie od pierwszych minut chłonie je jak gąbka. Ale! – to nie
jest wcale a wcale destrukcyjne, albowiem wraz z tą rozpaczą rodzi się w nas (mam nadzieję,
przynajmniej!) bezmiar miłości, współczucia i szereg innych szalonych doznań,
które kotłowały się pochowane głęboko, gdzieś tam, w środku.
Brendan Fraser jest niesamowity, on po prostu STAŁ się
Charlie’m. Mając ograniczone ruchy (z wiadomych powodów), gra w większości
twarzą. A te oczy! O matko – te oczy potrafią wyrazić wszystko! Mistrzostwo
kreacji, Oskar w pełni zasłużony. Czapki z głów.
Nie słyszałam jeszcze negatywnych głosów na temat „Wieloryba” (może poza absurdalnymi oskarżeniami o fatfobię, które z obrazem nie mają nic wspólnego). Łzy lecą nieposłuszne, przeżywamy swoiste katharsis. To jest jeden z filmów, których się nigdy nie zapomni, a odkopany z czeluści wspomnień, każdorazowo obudzi nas z uczuciowego marazmu, przypominając, co stanowi esencję życia.
wtorek, 31 stycznia 2023
Kościoła nie ma. Wspomnienia po seminarium/ Robert Samborski
TAŃCZĄCY Z WILKAMI
Oto wpadła mi do rąk, całkowicie niespodziewanie, druga część (?) opowieści Roberta Samborskiego, o jakże krzykliwym tytule, wpisującym się w dzisiejszą retorykę krytyki Kościoła Katolickiego. Myślę: idę w to, sprawdzę!
Zachwycił mnie ponad rok temu "Sakrament obłudy" - był gigantyczną dawką informacji na temat życia w seminarium i arcyciekawą historią człowieka, który się stamtąd, skądinąd, WYDOSTAŁ. O ile potrafiłam zdroworozsądkowo wiele rzeczy zrozumieć i - jako praktykująca katoliczka - wziąć na klatę całą garść (słusznych, zaznaczam!) oskarżeń wobec KK, o tyle czytając "Kościoła nie ma" - co chwila zaznaczałam na marginesie znaki zapytania lub komentarze typu: ej, serio? Gdzieś Ty to wyczytał?
Żebyście mnie dobrze zrozumieli - polecam tę książkę jako poruszającą refleksję na temat wychodzenia z wieloletniej skorupy i egzystencjalnego marazmu, stawania w prawdzie, na temat poszukiwania sensu istnienia i zależności we wszechświecie, wyzwalania się z kajdan fałszywej moralności, obalania mitów i - jak to autor nazywa - bajeczek. Jako studium człowieka biegnącego ku wilkom, ku Wielkiej Sile Przyrody. Jako tego, który "wyrzeka się ludzkich bogów" i "przystępuje do szatańskiego ołtarza". Stuprocentowy, dziewiętnastowieczny romantyzm. Wciąga na amen, jest poetycki, metafizyczny i taki wręcz nieziemski! Dobrze się czyta.
A teraz: ale. Trigger warning.
Ta piękna, pełna dramatyzmu podróż, ten wielki ukłon w stronę Natury, ta epicka ucieczka w wystudiowaną, wyrachowaną samotność, dokonuje się jednocześnie w aurze rosnącej pogardy wobec Kościoła Katolickiego, potem - wobec religii w ogóle, a na końcu - wobec Boga. Po drodze autor rzuci tu czy tam jakieś przedziwne uogólnienie, niemające nic wspólnego z rzeczywistością, licząc, że mało wnikliwe umysły połkną haczyk i pognają ku Ciemności razem z nim (btw - serio chrześcijanie nakazują trzymać psy na łańcuchu, niszczą przyrodę i uważają wilki za zło wszelakie, a współczucie jest bezużyteczne, bo Pan tak twierdzi i już?).
I powiem tak - jako kobieta inteligentna i katoliczka rozsądna (jedno z określeń Samborskiego) - jestem w stanie zrozumieć ten stan rzeczy, to jego spektakularne Wielkie Odejście, ten bunt wobec "starego porządku". Czułam to samo, czytając "Sakrament obłudy" (odsyłam do recenzji). ALE tutaj, im dalej w las, tym coraz większa ilość prześmiewczych komentarzy dotyczących religii, wiary i Jezusa; aż za którymś tam razem narodziło się we mnie pytanie: gdzie jest zatem ta upragniona wolność autora, skoro raz po raz rodzi się w nim wręcz kompulsywny PRZYMUS głoszenia wszem i wobec tyrad na temat tych, którzy wierzą we "wszystkie żałosne tradycyjne czy chrześcijańskie wartości", chłoną "te absurdalne historyjki z Biblii" i podążają za Jezusem, który "jest potworem, a niesprawiedliwość i okrucieństwo jego nauczania są nieskończone jak potępienie, którym grozi"?
Panie Robercie, naprawdę musi Pan aż tak? Fakt, podkreślił Pan, że oddaje siebie w posiadanie wilkom i Ciemności Lasu, a ludzie (których określa Pan "błędem Przyrody") są Panu niezbyt potrzebni, więc może nie powinnam się czepiać? Ja, słuchająca tego "brudnego, galilejskiego guru", twierdząca, że jednak życie wieczne jest lepszą opcją niż śmierć?
Cóż. Po "Sakramencie obłudy" sądziłam, że chętnie ucięłabym sobie z Panem pogawędkę na temat KK i tego, co powinno się zmienić (czyli wiele!). Jednak po lekturze (z pewnością zajmującej) kontynuacji śmiem twierdzić, że moglibyśmy się nie polubić (i to nie dlatego, że jest Pan ateistą!). A może się mylę?
Anyway - Pan Robert ma lekkie pióro i pięknie włada słowem. Jeśli jesteś katolikiem rozsądnym, a Twoją wiarą nie zachwieje kilka(dziesiąt) wzmianek na temat "galilejskiego tyrana" - przeczytaj Samborskiego. Sprawdź, poczuj, oceń.
czwartek, 25 listopada 2021
Sakrament obłudy. Wspomnienia z seminarium/ Robert Samborski
OD SEMINARIUM ZACHOWAJ NAS, PANIE
czwartek, 15 kwietnia 2021
New Amsterdam/ twórca: David Schulner
AMERYKAŃSKA "LEŚNA GÓRA", CZYLI UKOCHANE MEDYCZNE SCIENCE-FICTION
Na ogół niechętnie podchodzę do produkcji, które wzbudzają wszechobecny zachwyt, powodowana przekonaniem, że jeśli coś podoba się wszystkim, to często bywa zbyt mainstreamowe i właściwie nijakie. Jednak w obliczu niemającej końca rzeczywistości pandemicznej, skusiłam się na świeżutki Netflixowy hicior, myśląc: a co mi tam!
Ja wiem, że to nie jest realne. Ja wiem, że ze świecą szukać takich lekarzy. Ja wiem, że nie zawsze dobro zwycięży zło. Ja to wszystko wiem (i pozostali widzowie również), ale cóż począć! - najwidoczniej potrzebowałam mentalnej ucieczki do iście fantastycznonaukowej Krainy Dobra, Piękna i Miłości.
No dobra, kto oglądał, ten wie, że serial traktuje o życiu lekarzy z najstarszego publicznego szpitala w Nowym Jorku. W pierwszym odcinku wkracza z impetem nowy dyrektor - absolutnie czarujący i charyzmatyczny Dr. Goodwin, który z miejsca wprowadza logistyczną rewolucję, na którą nikt nie jest (początkowo) gotowy. Ale - ważne! - medyczna strona "New Amsterdam" to tylko jeden ze składników, które - jeśli umiejętnie połączone z pozostałymi - decydują o wyjątkowości serialu.
Pozostałe składniki? Ano właśnie. W każdym odcinku, zarówno za pomocą głównych postaci, jak i epizodycznych bohaterów, twórcy dotykają wątków, z których moglibyśmy zbudować jeden wielki, wielobarwny "kalejdoskop życia."
Małżeństwo, partnerstwo, tolerancja, choroba, uzależnienia, rasizm, uprzedzenia, bezdomność, nierówności społeczne, dramatyczne wybory, rodzina, żałoba - każdy jeden temat byłby świetnym punktem wyjścia do dyskusji, do szerzenia świadomości, do otwierania oczu i umysłu. Ba! Gdyby choć kilka z odcinków znalazło się w podstawie programowej szkół ponadpodstawowych, mielibyśmy (my, nauczyciele) pole do popisu, a młodzież - odskocznię od kilkusetstronicowych literackich dzieł, które "trzeba znać." Żeby nie było - akurat tak się składa, że ja je wszystkie cenię, wiele z nich podziwiam, ale potrafię zrozumieć, że motyw miłości, rodziny lub śmierci dałoby się również omówić, bazując na innym materiale. Ot, takim właśnie "Nowym Amsterdamie." Byłoby pięknie!
Krótko mówiąc - bezapelacyjna rekomendacja! Nic nie tracicie, a zyskać możecie wiele. Wchodzicie w to?
środa, 17 lutego 2021
Zjadacz czerni 8/ Katarzyna Grochola
WCZORAJ TO HISTORIA, JUTRO TO TAJEMNICA, DZIŚ TO DAR
„Zjadacz czerni 8” jest
jak majestatyczne drzewo. Fundamentem są korzenie – a więc to, co łączy
wszystkich bohaterów, (nie)oczywisty rdzeń, z którego każdy z nich został
stworzony. Idąc w górę (a więc dalej w życie), drzewo się rozgałęzia, a nawet
wypuszcza liście. Tam powstają historie z historii – indywidualne ludzkie
dramaty, których jesteśmy naocznymi świadkami. Czasami zielenieją, symbolizując
nadzieję na lepsze. Przepełniają je
miłość, ciepło, spokój serca. Bywa jednak, że gniją lub opadają, tak jak gnije ludzka
moralność, jak panoszy się grzech i dewaluacja wartości. Te opowieści będziecie
składać w całość niczym misternie ułożone domino. Czasami zawieje wiatr i
szalejące liście przefruną z gałęzi na gałąź, tworząc (pozornie) chaotyczną
zieloną scenerię, która w efekcie końcowym zachwyci prostotą i nieporadnym
pięknem.
Bohaterowie Grocholi zmuszają nas do otworzenia kilku
pozamykanych drzwiczek, o których nie chcemy pamiętać. Świadomie zamiatamy pod
nasz prywatny dywanik wszystkie niewygodne sprawy: zażenowanie, wstyd, strach,
zawód miłosny. Czasami wydarzenia ze „Zjadacza” wzbudzają odrazę i chęć
natychmiastowego osądu – jeśli dojdziecie do rozdziału 10, zrozumiecie.
Przysłowiowy nóż otwiera się w kieszeni, a jednocześnie … niemalże nieuchwytne neutralne
… przyswojenie (?) czy chociażby brak odruchowego życzenia śmierci.
Nie zapominajmy jednak, że drzewo pnie się wysoko. W ostatecznym
rozrachunku pręży się w stronę światła, w stronę nieba, w stronę jasności. Tak samo każdy z bohaterów „Zjadacza” w
którymś momencie życia wznosi wzrok ku
górze. Jego oczy mogą być już bardzo umęczone cierpieniem, mogą prosić o łaskę
zrozumienia, mogą oczekiwać pozaziemskiego spotkania z ukochaną … ale zawsze
patrzą TAM, gdzie miłość zwycięża wszystko, gdzie nie ma już czerni i
ciemności, gdzie czekają otwarte ramiona ukochanych osób, które kiedyś wymknęły
nam się z rąk lub które zabrała nam bezlitosna śmierć.
„Zjadacz czerni 8” to zjawisko literackie. Nie da się go przeoczyć ani o nim zapomnieć, gwarantuję.
niedziela, 19 kwietnia 2020
Kalifat/ twórca Wilhelm Behrman
WOLNOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ
Najlepsze w "Kalifacie" jest ukazanie kilku perspektyw wobec islamu i wolności wyznania. Z jednej strony, mamy bowiem młode Szwedki, które tęsknią za swobodą wyznawania muzułmańskiej religii i mają dość ostracyzmu społecznego, który według nich owładnął Europą i doprowadził do utożsamiania każdego muzułmanina z terrorystą. Ziarno pada na podatny grunt i gdy zaczyna się nimi interesować lokalny asystent nauczyciela, Ibbe, "przyjaciel młodzieży", który wspiera dziewczyny w walce "o swoje prawa", nastolatki szybko wkręcają się w wirtualny świat islamskiej propagandy, kuszone wizjami błogiej przyszłości w krajach arabskich.
Z drugiej strony, jedna z nastolatek, Sulle, wychowuje się w bardzo dobrze zasymilowanej, europejskiej, pozbawionej ortodoksji i przemocy rodzinie. Co mają zatem zrobić jej rodzice, kiedy dziewczyna zaczyna nagle chodzić w hidżabie i głosić zmanipulowane prawdy Koranu, argumentując to wolnością wyznania? Zrzucić to na karb młodzieńczego buntu? Gdzie (i czy w ogóle) leży granica wolności? Jak zapobiec chorej indoktrynacji, jak ocalić kobiety przed zniewoleniem?
W Syrii poznajemy Pervin, młodą matkę, która pragnie wyrwać się z Państwa Islamskiego i powrócić do ukochanej Szwecji. Ta kobieta - niczym June z "Opowieści podręcznej" - rzuca wszystko na jedną szalę, ryzykuje życiem, prowadzi swoją lokalną wojnę, aby tylko ocalić siebie i czteromiesięczną córeczkę. Jej historia jest po prostu niesamowita. Ile ta kobieta ma w sobie determinacji i ducha walki! Mogłaby nimi obdarzyć całą armię krzepkich mężczyzn! Jednocześnie jest wrażliwa i ma piękne serce, za co później przyjdzie zapłacić wysoką cenę.
Żeby nie było, że mężczyźni są wyłącznie źli - trzeba przyjrzeć się postaci męża Pervin, Husamowi. Widz poznaje go w momencie, gdy po kolejnej "akcji" dręczą go koszmary nocne. Stopniowo Husam wręcz traci zmysły, jest coraz bardziej rozdarty wewnętrznie - gorliwie się modli i chce postępować słusznie, jednak nie chce zabijać i sam nie chce umrzeć (w imię bohaterskiego męczeństwa). Przy tym wszystkim wydaje nam się, że szczerze kocha Pervin i próbuje jakoś poskładać do kupy ich nienormalny świat.
OK, no i mamy jeszcze Fatimę, szwedzką policjantkę, która za wszelką cenę usiłuje zapobiec atakowi terrorystycznemu w Sztokholmie, wykorzystując do tego Pervin. Obiecuje jej pomoc, ale odwleka ją w czasie, dopóki nie zdobędzie wystarczająco dużo materiałów o planowanej akcji. (co widza automatycznie wkurza, bowiem podkopuje idealistyczne mity o kobiecej solidarności) Wyobraźcie sobie zatem Pervin, w Syrii, pozbawioną jakichkolwiek praw, z mężem aktywnie działającym w ISIS, która co wieczór potajemnie rozmawia z Fatimą przez telefon - telefon, za posiadanie którego grozi jej natychmiastowa śmierć!
Dla mnie to było jedno z najtrudniejszych filmowych spotkań. "Kalifat" jest brudny, pesymistyczny, groźny, przygnębiający - i chyba przez to zwyczajnie życiowy, bez kolorków i politycznej poprawności. Surowy do zemdlenia, prawdziwy do bólu, zostawi cię w emocjonalnej zgniliźnie, bez nadziei na inny świat. Pomimo tego, a może właśnie dlatego - trzeba to zobaczyć.
środa, 29 stycznia 2020
Boże Ciało/ reż. Jan Komasa
KTO JEST PRAWDZIWYM KSIĘDZEM?
Za Bartoszem idzie historia. Już wszyscy wiemy, że częściowo oparta na faktach, będąca (wg reżysera) zlepkiem różnorakich opowieści o fałszywych kapłanach. Wszyscy znamy fabułę: chłopak na warunkowym zwolnieniu z poprawczaka, zamiast trafić do stolarni w małym bieszczadzkim miasteczku, dziwnym zbiegiem okoliczności kieruje swoje kroki do kościoła, a stamtąd - na plebanię, gdzie natychmiast zostaje poproszony o pełnienie posługi.
Daniel zawsze był blisko Boga. W poprawczaku służył do mszy, bardzo chciał zostać księdzem. Wzór stanowił dla niego ksiądz Tomasz, który próbował dotrzeć do młodych chłopaków i pokazać im dobrą drogę. (zresztą Daniel "zapożycza"później jego słowa do swoich kazań) Konserwatywny widz z pewnością dostrzeże sprzeczność między wiarą chłopaka a jego czynami - ale to materiał na osobną dyskusję, w której musielibyśmy uwzględnić przeszłość Daniela, jego wiek, wdrukowane schematy zachowań, emocjonalny rozgardiasz i inne czynniki mające wpływ na kształtowanie naszej tożsamości.
W każdym razie Daniel zostaje kapłanem, o którym marzy "nowoczesny" kościół. Zawsze jest blisko ludzi, słucha ich, dotyka go każda tragiczna opowieść. Chce czynić dobro, chce być czysty jak Chrystus. Przez jakiś czas skupia wokół siebie skromną bieszczadzką społeczność, jest idolem młodzieży, prawi fantastyczne kazania. W momencie, kiedy odważnie wkracza w sam środek konfliktu dotyczącego feralnego wypadku samochodowego lokalnych mieszkańców, społeczność się buntuje. Daniel nie daje za wygraną i doprowadza do godnego pochówku kierowcy auta, obwinianego za wypadek, odrzuconego przez ludzi z miasteczka. Dla niego każdy ma prawdo być pochowany w świętej ziemi, każdy.
Daniel wie, co znaczy być wykluczonym, odczuwa piętno lat spędzonych w poprawczaku na swojej skórze. Ludzie - jak dotąd - identyfikowali go poprzez jego życiorys. Tutaj, na parafii, wreszcie oddaje serce innym. Ma czystą kartę. Uderza nas jego wrażliwość, pragnienie bycia dobrym, chęć niesienia pomocy bliźniemu. Widzimy, że on chce żyć Ewangelią, choć ma trudności w prowadzeniu tradycyjnego życia wg Dekalogu. Pod koniec filmu zobaczymy, że pozostawi po sobie wiele dobra, co dowodzi, że jeden człowiek jest w stanie zmienić życie innych, uratować ich z moralnej zgnilizny.
Niby wiemy, że Daniel popełnia świętokradztwo, ale jednocześnie zadajemy sobie pytanie: czy czyni coś złego? Czy krzywdzi innych? Niestety - dość szybko dopadnie go przeszłość, ale o tym przekonacie się sami. (niemałą rolę odegra tutaj ksiądz Tomasz, którego finalny wybór nie do końca przypada widzom do gustu, wielu nawet się z nim nie zgadza - osobna dyskusja) Końcówka wbija widza w osłupienie, pozostawia niedosyt, a przy tym wydaje się być konkluzją gorzkiej prawdy o życiu. Czyli: nie daliście chłopakowi szansy, to teraz macie.
"Boże Ciało" to baza do niekończącej się dyskusji na temat wizji Kościoła Katolickiego w Polsce. Obrazy wiernych, którzy w tygodniu hejtują wdowę po kierowcy, a w niedzielę padają na kolana - są nam raczej znajome. Obrazy księży, którzy z rozrzewnieniem wspominają małe grzeszki z seminarium - też. Obraz poranionej młodzieży, dla której zakład poprawczy to doskonała przepustka do wejścia w dalszy świat przestępczy - boli. W tym wszystkim Daniel - dla którego modlitwa jest święta, drugi człowiek istotny, walka o ideały - ważna. Kto zatem jest prawdziwym księdzem? Ten wyświęcony o podwójnej moralności, czy ten kapłan z serca, który chciałby iść ścieżką chrześcijańskich wartości i siać dobro? Sami zdecydujcie. Film świetny, trzeba obejrzeć.
wtorek, 31 grudnia 2019
Dwóch papieży/ reż. Fernando Meirelles
OGIEŃ I WODA, CZYLI O FRANCISZKU I BENEDYKCIE
Gorący temat, więc i ja na gorąco się wypowiem. Po pierwsze - POLECAM. Z wielu powodów, nawet tym, którym z Kościołem nie po drodze. A może zwłaszcza im?
Ci, których interesują sprawy Kościoła, mniej więcej będą znali tło wydarzeń - czyli miesiące poprzedzające niespodziewaną (i dotąd niewytłumaczoną) abdykację Benedykta XVI oraz następujące po niej konklawe skutkujące wyborem Franciszka. Mamy tutaj bezpardonowe wzmianki o Vatileaks i skandalu związanym z nadużyciami finansowymi w otoczeniu Benedykta. Mamy przeszłość Franciszka, jego trudne życiowe wybory w okresie terroru państwowego w Argentynie, a także historię ks. Marciala Maciela Degollado, założyciela zgromadzenia Legion Chrystusa, który dopuszczał się molestowania podopiecznych, jak również utrzymywał związki z kobietami.
Jednak to, co uderza w tej historii, to zderzenie starego i nowego porządku, ludzi pochodzących jakoby z dwóch odmiennych planet, którzy mimo wszystko, mimo dzielących ich murów są w stanie nie tylko siebie zaakceptować, co nawet polubić. Poczytałam co nieco i wiem, że spotkania papieży są filmową fikcją, ale już treść ich wzajemnej spowiedzi, czyli przeszłość, która ich dręczy - nie. Benedykt w filmie wyrzuca sobie grzech zaniechania w sprawie pedofilii w KK, Franciszek zaś z boleścią wspomina swój "układ" polityczny w czasach argentyńskiej dyktatury. To właśnie spowiedź papieży jest chyba najbardziej wzruszającą sceną w filmie, ponieważ - banalne, ale prawdziwe - pokazuje, że każdy, dosłownie każdy człowiek jest ulepiony z tej samej gliny, ma za sobą swoją historię, ma demony, które go gonią i tylko od dobrej woli pojedynczej jednostki zależy to, czy w trakcie naszej drogi spotkamy się z inną duszą w prawdzie i miłości.
Franciszek jawi się jako realny wywrotowiec (bardzo mi zresztą bliski), niezrozumiany początkowo przez Benedykta, jak i resztę hierarchów. Aczkolwiek, jeśli weźmiemy pod uwagę jego wybór na Papieża - następcę Św. Piotra - może to sugerować, że zmiana w KK wydawała się już wtedy potrzebna i że KK zmierza - być może? - w pomyślnym kierunku. Chociaż Benedykt aż zionie swoim konserwatyzmem, jest w nim urzekające, głęboko skryte ciepło, a także dotkliwa samotność i poszukiwanie przyjaznej duszy. Finalnie nawet taki rewolucjonista jak Franciszek staje się jego przyjacielem. Można?
"Dwóch papieży" to dobra lekcja na to, co dzieje się obecnie w naszym kraju. Wojna polsko-polska od paru lat ewidentnie zjada Polskę od środka. Szkoda, że nie możemy spotkać się gdzieś w połowie drogi, tak, aby się nawzajem nie zniszczyć, tylko zbudować na zgliszczach Polski coś nowego, świeżego, coś, na czym nam wszystkim zależy. Ostatecznie zapewne większość z nas pragnie tego samego, ale nieugiętość i wąskotorowość nie pozwala nam otworzyć się na innych. Benedykt i Franciszek pokazują, że wszystko jest możliwe - ogień i woda koegzystują, czerpią z siebie nawzajem, budując coś fajnego, opartego na dobroci i prawdzie.
niedziela, 22 grudnia 2019
Zakonnice odchodzą po cichu/ Marta Abramowicz
O KOBIETACH INACZEJ
O księżach mówi się w Polsce dużo. O zakonnicach mniej - a szkoda. Albowiem, jak niesie tytuł, zakonnice odchodzą po cichu. Często z żalem, smutkiem, w zażenowaniu, ale nieraz z uczuciem ulgi, chęcią rozpoczęcia nowego życia, z poczuciem wielkiej ucieczki z więzienia.
Wywiady z byłymi zakonnicami przyprawiają o gęsią skórkę. Każda z nich wstąpiła do zakonu z prawdziwego powołania, chęci służenia Bogu, poświęcenia życia na modlitwie za innych - zatem szlachetnych pobudek. Najczęściej kobiety bywały zachwycone pierwszymi wizytami w klasztorze i roztaczaną przed nimi wizją przyszłego zakonnego życia - opartego rzekomo na wspólnocie, niesieniu dobra, miłości. Dopiero za murami zakonu zderzyły się z rzeczywistością.
Jaka jest ta rzeczywistość? Bezwzględne posłuszeństwo wobec siostry przełożonej, wewnętrzne animozje (im więcej kobiet, tym więcej zgrzytów, a tu same kobiety), asceza. Tego się można, powiedzmy, spodziewać. Ale już wydzielanie podpasek, jedzenia, kontrola korespondencji czy zakaz udania się na pogrzeb rodziny - na to nie ma zgody. I tak, krok po kroczku, wiele z nich dochodzi do symbolicznego muru, który trzeba już tylko przeskoczyć, bo przebicie się przez jego strukturę jest niewykonalne. Jest to pozostałość przedsoborowa, w której nie ma miejsca na jakąkolwiek formę wolności, samodecydowania, godności. Zakon ma robić wszystko, aby siostrę ustrzec przed pokusami - a takową może być nawet wyskrobanie ostatniego grosza na zakup precla, by potem ukradkiem go zjeść, a następnie się z grzechu wyspowiadać.
Po ukazaniu się powieści pojawiły się głosy, że obraz zakonu jest zafałszowany, że wcale to życie zakonne tak nie wygląda. Jednocześnie do autorki napisały setki byłych zakonnic, które odnalazły siebie w bohaterkach wywiadów, które wreszcie pozbyły się poczucia winy, że okazały się niewystarczająco dobre, pobożne, oddane. Niektóre odeszły od Kościoła, niektóre nawet od Boga. Ale przeważająca większość z nich nadal za Bogiem podąża, żyje już tylko innym życiem.
Ja pytam - gdzie w Kościele jest miejsce dla kobiet? Szanuję wybory dziewczyn, które do zakonu wstępują, choć ich nie rozumiem. Myślę, że one same też nie - że oczekiwania pięknego, pobożnego życia przerastają ich racjonalną wiedzę na temat tego, co w zakonie się wydarzy. Albo - druga strona medalu - może właśnie z powodu niewiedzy rozgrywają się potem osobiste dramaty? Może dzięki takiej powieści jak ta, dziewczyny przejrzą na oczy, zrozumieją, że służyć Bogu można na wiele różnorakich sposobów, zachowując przy tym godność człowieka?
To, że Kościołowi potrzebna jest rewolucja i powrót do chrześcijańskich korzeni - wie większość tzw. "katolewaków", do których się zresztą zaliczam. Jednak nikt nie mówi o zakonnicach, o potrzebie rebelii za bezdusznymi murami zgromadzeń, gdzie kobieta sprowadzona jest do roli nic nie znaczącej służebnicy, bez nadziei na życie pełne światła i miłości. To również tam powinien odbyć się prawdziwy zryw, tak drastyczny, by otworzyć oczy na zakonne realia i pomóc zakonnicom - obecnym i byłym - odzyskać wiarę w chrześcijańskie wartości, którym pragnęły poświęcić całe życie.
sobota, 5 stycznia 2019
Dzieci księży/ Marta Abramowicz
KOŚCIÓŁ JEST ŚWIĘTY, ALE TWORZĄ GO GRZESZNICY
Od razu zaznaczam, że nie jest to pozycja antyklerykalna, ziejąca nienawiścią w stosunku do Kościoła Katolickiego. Autorka pokazuje tytułowe zjawisko z perspektywy kobiet, które uwikłały się w relację z księżmi oraz z punktu widzenia dzieci księży - których pochodzenie nierzadko stanowi istną tajemnicę poliszynela, o której huczy cała wioska.
To, że księża nie dochowują celibatu, to fakt. Większość (nie wszyscy) z nich ma za sobą albo przed sobą jakąś historię związku, często z dzieckiem/ dziećmi w tle. Autorka próbuje pokazać nam, że niedoszłe żony i nieślubne, "świętokradzkie" dzieci cierpią na tej zakazanej miłości najbardziej. Wiodą pozbawioną nadziei na zmianę egzystencję w dożywotniej samotności, tajemnicy, wstydzie i niespełnieniu. Nawet jeśli mężczyzna jest gotów "wziąć ojcowski urlop", zwykle nie dostaje zgody od przełożonego i zostaje przeniesiony do odległej parafii, z dala od rodziny.
W drugiej części książki pani Abramowicz rozprawia się z historią Kościoła, szczególnie z doktryną celibatu. Analizuje też kościelne dokumenty (często wielkich, szanowanych myślicieli), w których rola kobiety jest bezustannie umniejszana, gdyż - wg autorki - tradycja katolicka od stuleci odbiega coraz bardziej od swoich chrześcijańskich korzeni. Autorka, owszem, wytyka błędy kościoła (poza historiami dzieci księży przytacza też szereg zachowań związanych z ukrywaniem pedofilii), ale też i w piękny sposób przypomina nauki Jezusa, twierdząc, że Jezus był "pierwszym i na wiele wieków ostatnim przyjacielem kobiet w Kościele." Podkreśla, że Syn Boży wystąpił przeciw ustalonemu porządkowi, rozmawiał z niewiastami w czasach, kiedy nie uchodziło mężczyźnie poważnie traktować kobietę, wreszcie - ukazał się Marii Magdalenie w dniu zmartwychwstania.
Ksiądz to też człowiek - zdaje się mówić cały katolicki świat. Istnieje jakieś tajemnicze ciche przyzwolenie na "grzeszki" księży, zwłaszcza naszych znajomych, "swoich." To udowadnia, że celibat od zawsze był tworem nierealnym, wymuszonym przez ludzi, nie przez Jezusa. O ileż prościej byłoby - według autorki - gdyby księża mogli realizować się rodzinnie i być bliżej ludzi.
"Powinniśmy dać Jezusowi prawo, aby zszedł z krzyża i zamieszkał wśród nas. Pozwolić mu się ożenić i mieć dzieci, jeśli będzie chciał. Bo w ten sposób zniknie obraz okrutnego Boga, który żąda ofiary ze swojego syna, i pojawi się w jego miejsce inny: obraz łagodnego Boga, który jest Bogiem życia, a nie zabijania."
czwartek, 23 sierpnia 2018
Poczwarka/ Dorota Terakowska
CO ZROBIĆ Z DAREM BOGA?
Przedziwna książka. Strasznie mnie umęczyła, jednocześnie desperacko chciałam dobrnąć do końca, pojąć sens, wychwycić przesłanie. Niezaprzeczalnie, "Poczwarka" zostaje w głowie, jednak irytuje to, że pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi.
Idealne małżeństwo z idealnym planem na życie otrzymuje od losu nieidealne dziecko, "poczwarkę", której los odbiera na zawsze szansę zostania motylem. Mała Marysia (Myszka) rodzi się z zespołem Downa, któremu towarzyszy dodatkowo najcięższe upośledzenie umysłowe (wersja lekarzy). Tego się nie uleczy ani modlitwą, ani żadnymi charytatywnymi akcjami na Facebooku. Dziewczynka jest ociężała, mówi monosylabami, zdarza jej się rozebrać do naga i załatwiać w miejscach publicznych. Ojciec pośrednio wypiera się dziecka, mieszka z rodziną, ale przez 8 lat nie bierze udziału w jej wychowaniu. Ucieka, omija dziewczynkę, nie podejmuje żadnej próby porozumienia się nią. Matka (Ewa) natomiast mierzy się z miliardem skrajnych emocji, tłumiąc żal, hamując zdegustowanie, na co dzień zaś praktykując "zadaniowość" i izolując małą od świata, który spogląda na otyłe, wiecznie obślinione dziecko z widocznym obrzydzeniem.
Tymczasem czytelnik ma szansę poznać to, co dzieje się w głowie dziewczynki. Wiemy, dlaczego mała (chwilami określana pieszczotliwie jako Muminek) zdejmuje krępujące ją ubranie, skąd pojawia się stres i "małe nieszczęścia" w publicznych miejscach. Głowa Myszki jest zdrowa, "normalna." Tam potrafi mówić pełnymi zdaniami i tańczyć, jest lekka, śliczna. Werbalnie nie umie tego wyrazić, ale w myślach dostrzega odrzucenie ze strony świata, zmęczenie matki, obojętność ojca.
W trudnych chwilach ucieka na strych, gdzie - w tajemniczym Ogrodzie - na jej oczach rozgrywają się metafizyczne pokazy Stworzenia Świata, w których ona sama bierze czynny udział. Głos (Bóg?) jej słucha, bierze pod uwagę jej zdanie. Tam jest ważna, doceniana.
Przygody dziewczynki na strychu zajmują niemalże całą przestrzeń powieści. Rozumiem, że mają na celu zaproszenie czytelnika do jej wewnętrznego świata. Ale w jakim celu autorka tak uporczywie wykorzystuje biblijną metaforykę? W porządku, poznajemy niezmierzone bogactwo wyobraźni Myszki: w tajemniczym Ogrodzie staje się ona jakoby kreatorką, "prawą ręką" Głosu. Jednak w pewnym momencie pojawia się Wąż (Szatan?), który - mimo syczących komentarzy - wydaje się być dobry (?), potem Adam i Ewa, którzy chcą zejść na ziemię, bo "im się nudzi" (?). Myszka zjada jabłko z zakazanego drzewa, po czym odczuwa lekkość i energię (?). Odnosi się wrażenie, że autorka namnożyła zbyt wiele tych odniesień i gdzieś pogubiła sedno alegorii.
W tle rozwiązuje się tymczasem jeszcze jeden rodzinny sekret, w czasie, kiedy ojciec dziewczynki (nota bene, Adam), postanawia przeprowadzić "śledztwo" mające na celu odnalezienie wadliwych genów w swojej rodzinie (a raczej wykluczenie tej opcji, by z czystym sumieniem móc porzucić żonę i córkę). Tutaj szykuje się niemałe zaskoczenie, które, owszem, zmieni tor myślenia mężczyzny, ale nie powstrzyma biegu wydarzeń.
Wreszcie napotykamy kluczowe zdanie, że dzieci takie jak Myszka są darami Boga i tylko obdarowany decyduje, czy taki dar przyjmie, czy nie. W Ogrodzie - już na finiszu swojej ziemskiej podróży - dziewczynka spotyka inne Dary Boga. Niektóre nie zdążyły się narodzić, zatrzymane "w pół drogi." Inne zeszły na Ziemię, doznały cierpień i upokorzeń. Są też i takie, które doświadczyły miłości, ciepła. Wszystkie zaś jednogłośnie przyznają: życie na Ziemi jest piękne.
Dla Myszki życie w Ogrodzie było spełnieniem marzeń. Może tej miłości i zrozumienia, pomimo starań mamy, było zbyt mało, może dziewczynce nadto ciążyła jej własna (ziemska) ułomność, podczas gdy w swojej głowie mogła być kim tylko zapragnie. Dziewczynka odchodzi do lepszego świata, robiąc na Ziemi miejsce swojej zdrowej siostrze.
Nie wiemy, czy ojciec wyciągnął wnioski z tej "lekcji" (niby tak, ale dlaczego dopiero w ostatnich chwilach życia dziecka?). Nie wiemy, dlaczego dopiero potem małżeństwo obojga zostało wskrzeszone. Dlaczego nie potrafili z pokorą przyjąć Daru Boga, zjednoczyć się w tym wyzwaniu, dlaczego świat obchodził się z Myszką tak brutalnie, dlaczego nikt nie próbował pojąć, że w głowie Myszki dzieją się niesamowite rzeczy?
Nie sądźmy, powstrzymajmy się od ocen, pochylmy się czule nad tą historią. "Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono." W Ogrodzie Myszki biblijna Ewa marzy o dziecku słabym, potrzebującym, takim, które mogłaby otoczyć opieką i ochronić. Po to właśnie chce zejść na Ziemię! Jednak mama Myszki, ziemska Ewa, wyśniła sobie inne dziecko i Dar Boga był dla niej przykrym obciążeniem. Na pewno nie pomagało wychowywanie jej w pojedynkę, życie na społecznym odludziu, brak empatii otoczenia. Starała się to zwalczyć, momentami odzyskiwała wiarę w SENS tego Daru, by za chwilę popaść w otchłań przygnębienia i stabilnego marazmu.
Zastanówmy się po prostu, po ludzku, czy faktycznie każdy z nas jest w stanie taki Dar przyjąć. Użyjmy wyobraźni, by współodczuć z rodzicami Myszki, spróbować zrozumieć. Wyjdźmy poza granice schematycznego myślenia. Rozejrzyjmy się, czy zauważamy wokół siebie te Dary, czy odwracamy wzrok z niekłamaną awersją, czy obejmujemy spojrzeniem troskliwym, miłosiernym. Na ile mamy w sobie życzliwości i gotowości do pomocy, by choć odrobinę ulżyć takim ziemskim Ewom w ich niełatwym życiowym egzaminie? Nieidealne dziecko może być idealnym Darem w nieidealnym świecie. To przecież zależy od człowieka, czy ów Dar będzie dla świata Muminkiem, czy niechcianą Poczwarką.
niedziela, 10 grudnia 2017
Celibat: opowieści o miłości i pożądaniu/ Marcin Wójcik
W POGONI ZA INSTYNKTEM
Okrzyknięta skandaliczną, powieść pana Wójcika wcale aż tak nie gorszy ani nie oburza. Jeśli przeczytamy ją jako traktat o człowieku, wraz z jego namiętnościami i wyzwaniami, to nabiera innego znaczenia. Chwilami szokuje, wprawia w osłupienie - fakt. W większości jednak budzi współczucie.
Jest to zbiór historii - każda z nich to osobne życie, osobna historia jakiegoś tam człowieka, który w swoim życiu z różnych powodów, podjął owo "wyzwanie" bycia księdzem Kościoła Katolickiego (jedynego kościoła, jak wprowadza we wstępie autor, który utrzymuje celibat jako przepis warunkujący bycie kapłanem).
Drugi aspekt to kwestia, jak ten celibat (czyli dosłownie "BEZŻEŃSTWO") pojmują poszczególni księża - główni bohaterowie książki, ale także drugoplanowe postaci, które pojawiają się w ich relacjach. (nie tylko biskupi czy proboszczowie, ale też i kobiety lgnące do kapłanów i godzące się na proponowany im układ) Dla jednych to tylko i wyłącznie brak możliwości posiadania żony, nie zwalniający z prawa do popełnienia grzechu (czyli akcje pt. nie będę walczył ze swoim instynktem). Dla innych to radykalna postawa pełna wyrzeczeń, świadcząca o poświęceniu i służbie Bogu, a także podążaniu za bezżennym Chrystusem. Wreszcie - dla niektórych to nic nie znaczący zapis, którego nie ma konieczności wcielać w życie, którego pogwałcenie należy tylko, powiedzmy, umiejętnie ukryć przed gorszącą się lokalną społecznością. (co nie przeszkadza w corocznych wakacjach na greckich wyspach, gdzie koloratka znika w kieszeni, a kluby nocne stoją otworem)
To, co chyba najbardziej przeraża, to tzw. emocjonalne więzienie bohaterów-księży. Literalnie każdy z nich walczy ze swoimi demonami, z erotyzmem, z naturą. Każdy z nich (pomijam drastyczne przypadki pedofilii, także opisane w powieści, ale to jest już bezapelacyjnie jednostka chorobowa i przestępstwo) przeżywa życiowy kryzys, poddaje pod wątpliwość swoją decyzję, tęskni za byciem ojcem i mężem. Wielu nie rozumie, dlaczego odebrano im taką możliwość, czują, że spełniliby się w rodzinnym życiu, jednocześnie służąc kościołowi. Skutek - nie zakłamując statystyk, co drugi, może trzeci, jest w związku z kobietą, wielu z nich ma dzieci, które regularnie odwiedza i którym "ojcuje".
By jednak pozostawić czytelnika w dwuznaczności, ostatnia opowieść żonatego księdza prawosławnego (seksoholika i przemocowca) dowodzi, że tak naprawdę nie ma złotego środka, nie ma recepty na szczęście i chyba zależy ono od człowieka, a nie od roli, w jaką został wdrukowany przez splot różnych wydarzeń.
Niezależnie od tego, czy Kościół kiedyś uchyli zapis stanowiący o celibacie, warto się pochylić nad tymi historiami, ujrzeć człowieka w człowieku, otworzyć umysł. Wszystko sprowadza się do prostej prawdy - pragniemy kochać i być kochanym. Księża też.
sobota, 28 października 2017
Przełęcz ocalonych/ reż. Mel Gibson
WYPROSTOWANY WŚRÓD TYCH, CO NA KOLANACH
poniedziałek, 24 października 2016
Sposób na cholernie szczęśliwe życie/ S. Małgorzata Chmielewska
MIŁOŚĆ ZAWSZE CZEKA
Jednocześnie - pokorna wobec Boga, zakochana bezgranicznie w Chrystusie. Zasadnicza, ale otwarta na drugiego człowieka. Chrześcijanka, która twierdzi, że jej ubodzy bracia i siostry wyprzedzą ją w drodze do Świętego Piotra. Że bliższa Bogu jest prostytutka, która wiele przeszła, aniżeli zatwardziały katolik. Lubuje się w żywotach pokręconych świętych i marzy jej się dobry świat. "Tak naprawdę najtrudniej jest dać siebie drugiemu człowiekowi," przekonuje. Najwięcej mówi o miłości.
No a przy tym wszystkim - jest cholernie szczęśliwa. Właśnie w swoim ascetycznym wręcz życiu, pośród tych najsłabszych, ale najbliższych Chrystusowi.
"Prawdziwe szczęście to wolność wewnętrzna, która nie zagarnia drugiego człowieka. Miłość daje drugiemu człowiekowi wolność." Siostra by chciała, żeby się wszyscy miłowali i żeby katolicy nie byli mądrzejsi od świętych ksiąg - bo według niej monopolu na dobro na pewno nie mają. Siostra wie, że dróg do Boga może być wiele i On sam je wszystkie dostrzeże, ogarnie. Ważne są prawda, czyste serce i ludzkie sumienie.
piątek, 14 października 2016
Bóg dał mi kopa w górę/ Katarzyna Węglarczyk, Urszula Mela
"W SERCU KAMIENNYM (...) ZACZYNA SĄCZYĆ SIĘ MIŁOŚĆ"
"Bóg dał mi kopa w górę" to zapis rozmów z Urszulą Melą, mamą rozsławionego swą ekspedycją na bieguny Jaśka Meli. To ona z wielką ufnością jest w stanie powiedzieć: "Moje umieranie może komuś dać życie."
sobota, 24 września 2016
October Baby/ reż. Andrew Erwin, Jon Erwin
NIE OSĄDZAJ CUDZYCH DRAMATÓW
Tak, pojawia się tu temat aborcji - dziewczyna urodziła się po nieudanym zabiegu, fakt. Ale kluczowym jest to, że - jak każdy nastolatek - szuka wartości swojego istnienia, sensu traumy, której doświadczyła, pragnie bezinteresownej miłości i akceptacji. Tą traumą równie dobrze mogłoby być okrutne dzieciństwo, alkoholizm rodzica czy gwałt na randce.
Nie przypisujmy temu pięknemu obrazowi fałszywego światopoglądu. Wystarczy, że już samo polskie tłumaczenie to robi.(!!!) Otwórzmy umysł. Nie bądźmy sędziami nie w swojej sprawie - każda opowieść ma drugie dno, każda dramatyczna decyzja skutkuje niezabliźnionymi ranami dla obu stron. Każde przeczołgane przez życie serce szuka wytchnienia i przebaczenia. Motto brzmi: jeśli zdołasz przebaczyć - możesz żyć dalej. Uwolniony.
Rachel Hendrix jest fenomenalna - kibicuję mocno jej niebywałemu talentowi. Wraz z Jasonem Burkey - przyjacielem, który mądrze i delikatnie towarzyszy jej w odkrywaniu oczyszczającej prawdy - tworzą cudowny, chwytający za serce duet. Nie bez znaczenia jest ścieżka dźwiękowa - arcydzieło, rzec można. Od czasu do czasu pojawia się zbytni, typowy dla amerykańskich produkcji, patos, ale główni bohaterowie - ich naturalność, urok i piękno - ratują film przed demagogią. Są po prostu sobą i w całej tej niełatwej historii poszukują sensu, by iść naprzód, ręka w rękę, wolni, ufni i spokojni, pewni swojej miłości.
niedziela, 18 września 2016
Bóg nie umarł 2/ reż. Harold Cronk
WOLNOŚĆ SŁOWA
Co przystoi w dzisiejszym świecie moralnego relatywizmu? Na ile możemy sobie pozwolić na szczerość, wykonując publiczny zawód? Jaką cenę jesteśmy gotowi zapłacić za obronę swoich przekonań?
Temat jest nieco naciągnięty. Wydawać by się mogło - absurdalny (nawet na dzisiejsze czasy). Nauczycielka historii jest zmuszona konfrontować swoje religijne przekonania z ateistycznymi zaleceniami kuratorium. Ba! Nawet bierze udział w procesie sądowym, w którym jest oskarżona o manipulowanie młodymi umysłami i próby ich nawracania. I to wszystko rozgrywa się w kolebce tolerancji i multi-kulti - w amerykańskim liceum.
Brzmi lekko przesadnie. Zostawmy zatem lokalizację. Albowiem cała dyskusja, która z tej - skądinąd mało prawdopodobnej - sytuacji wynika, jest warta uwagi. Można na przykład zadać sobie pytanie - co by było, gdyby ... Czy w imię wiary zaryzykowałbym zaprzepaszczenie dotychczasowej kariery? Czy udałoby mi się przekonać innych, że mam prawo odpowiadać na każde pytanie ucznia, nawet jeśli odpowiedź wiąże się z ujawnieniem własnych poglądów religijnych? I wreszcie - czy ja właściwie muszę te poglądy ukrywać, aby nie urazić ateistycznego środowiska?
Sequel nie przebija pierwszej części. Poprzednia historia zdecydowanie bardziej chwytała na serce, ale i nad tą można się pochylić. Czemu nie.
poniedziałek, 18 lipca 2016
Czy naprawdę wierzysz?/ reż. Jon Gunn
DOBRO CZYNI DOBRO
Dobro jest jak zasiane ziarno. Jeden gest skutkuje kolejnym i nim się spostrzeżemy, rusza lawina Bożej miłości.
12 różnych historii, każda na swój sposób wyjątkowa i wzruszająca. Każdy z bohaterów sam odpowie sobie na tytułowe pytanie i doświadczy - lub nie - mistycznej odnowy.





