Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsza miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsza miłość. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lipca 2024

It ends with us/ Colleen Hoover

 HISTORIA O TYM, CZYM MIŁOŚĆ NIE JEST


Hm … tym razem nie będzie entuzjastycznych ochów i achów, tylko słodko-gorzka recenzja wraz z subtelnym ostrzeżeniem.

Ale do rzeczy. Wiedziona ciekawością (w sierpniu trafia do kin ekranizacja z uroczą Blake Lively), postanowiłam sprawdzić na własnej skórze, o co chodzi z fenomenem Colleen Hoover. Powieść czytałam po angielsku, nie znam zatem polskiego przekładu, ale uczciwie przyznaję, że w oryginale styl Hoover ani nie razi, ani nie boli. „It ends with us” czyta się dobrze, szybko, pochłania trochę jak kolejne odcinki serialu o miłości.

Tak, jest to powieść o miłości. Bez wątpienia. Wątek z młodości Lily i Atlasa (bardzo fajnie wprowadzony za pomocą listów bohaterki do Ellen DeGeneres) jest przecudny, można się naprawdę zauroczyć (duży plus)! Mimowolnie sięgniecie wspomnieniami do Waszych pierwszych miłosnych doświadczeń, tych czystych, naiwnych,  jeszcze nieskażonych późniejszymi rozczarowaniami.

Przejdźmy do minusów: związek Lily z Ryle’m (czyli wątek główny). OK, kumam, że autorka chciała opisać schemat ofiary uwikłanej w spiralę przemocy i w PEWNYM stopniu jej się to udaje - także poprzez historię matki Lily i jej przemocowego ojca. Aczkolwiek, kiedy zaczyna się  tłumaczenie patologicznych reakcji Ryle’go i analizowanie jego nieszczęśliwego dzieciństwa, zapala nam się czerwona lampka: STOP! To przeczy wszelakim psychologicznym radom udzielanym ofiarom przestępstw, albowiem żelazna zasada brzmi: NIE ANALIZUJ OPRAWCY. Nie pochylaj się nad jego dzieciństwem. Nie poszukuj przyczyn jego zachowania. Nie używaj słowa „miłość”, tam, gdzie występują agresja i przemoc. Skup się na SOBIE i swoim uzdrowieniu. Dlaczego bohaterka (inteligentna, skądinąd, kobietka) nie zwróciła się po pomoc do terapeuty, dlaczego nie wyposażyła się w wiedzę, dzięki której wszystko stałoby się jasne i klarowne? Dlaczego wydawało jej się, że sama znajdzie wyjście z tak wyniszczającego związku, polegając jedynie na swoim (mocno zakrzywionym) osądzie sytuacji?

Totalnie rozumiem zarzuty wobec Hoover, jakoby romantyzowała sprawcę przemocy. Kiedy czytasz, jak on płacze rzewnymi łzami, jaki jest biedny, poraniony, jak chciałby być dobry, ale nie potrafi itd. – otwiera ci się nóż w kieszeni, albowiem nie o to się rozchodzi w schemacie ofiara-kat! Proces zdrowienia nie polega na litości ani współczuciu wobec sprawcy, ale o zadbaniu o WŁASNY dobrostan. I chociaż częściowo bohaterka dochodzi do konkretnych wniosków (pod koniec powieści), to i tak czuję niesmak na myśl o tym, jak ten obraz „pięknego agresora” może namieszać w głowach młodym czytelniczkom, spragnionym wielkiej, namiętnej i burzliwej miłości. Nie sądzicie, że era fascynacji bad boy’em powinna już odejść do lamusa?  Skupmy się na osobach, które obdarzają nas troską i przy których odnajdujemy poczucie bezpieczeństwa.

Moje ostrzeżenie: jeśli masz jakąkolwiek wiedzę psychologiczną na temat relacji sprawca-ofiara, możesz tę książkę przeczytać. Będziesz wtedy wiedział/a, że łobuz wcale nie kocha najbardziej i w obliczu zagrożenia trzeba brać nogi za pas. Jeżeli zaś ten temat jest Ci obcy, wybierz, proszę, inną książkę – o miłości zdrowej, bezpiecznej i przynoszącej ukojenie.

PS  Drodzy autorzy, nie ubierajcie oprawcy w piękne opakowanie: markowy garnitur, dobrą pensję czy czarujące oczy – nic dobrego z tego nie wynika.


wtorek, 23 kwietnia 2024

Jedno życzenie/ Nicholas Sparks

 "ALE CO TO ZA PRZYJEMNOŚĆ SAMOTNIE OGLĄDAĆ BAŚNIOWY ZACHÓD SŁOŃCA?"


Sparks powrócił w wydaniu, za które pokochałam go dobrych kilkanaście lat temu (kiedy to było? 2001 rok może?). Zachłyśnięcie się "mistrzem romantycznych historii" trwało w moim literackim wszechświecie stosunkowo długo; kolejne powieści zajmowały coraz wyższe miejsca w moich personalnych TOP-ach ("Bezpieczna przystań", "Dla Ciebie wszystko" czy "I wciąż ją kocham"). Zamawiałam anglojęzyczne wersje za niebotyczne sumy, zanim wypuszczano na rynek polskie tłumaczenia. Jego książki towarzyszyły mi przez połowę mojego życia! 

Aż w którymś momencie (chyba przy okazji "We dwoje" albo "Z każdym oddechem") nadeszło jedno wielkie (jakże bolesne!) rozczarowanie. Mistrz stał się powtarzalny, fabuły przewidywalne, a język jakiś taki ... tandetny (sorry, Nick). Nie poddawałam się jednak, postanowiłam, że z uwagi na sentyment podejmę czytelniczą próbę wobec każdej jego powieści i cierpliwie (tudzież naiwnie) poczekam na renesans. 

I oto jest! "Jedno życzenie" mogłoby z powodzeniem być Waszą pierwszą przygodą ze Sparksem - ba! nawet dobrze by się stało, bo poznalibyście go z absolutnie NAJLEPSZEJ strony. Jest tu tyle świeżości, że można by nią obdarować kilka ostatnich - moim zdaniem, kompletnie nieudanych - powieści. 

Sparks przychodzi z nieporuszanym dotąd tematem nastoletniej, nieplanowanej ciąży i świetnie sobie z nim radzi. Umiejętnie ukazuje też niełatwe rodzinne relacje i przepiękną, pełną uroku (i nieprzesłodzoną!) opowieść o pierwszej miłości. A wszystko rozgrywa się na cudownej, malutkiej wysepce, gdzie wszyscy znają wszystkich, gdzie szumi morski wiatr, a na niedzielną mszę do kościoła płynie się porannym promem. 

Ach - i najważniejsze! Mamy dwie perspektywy czasowe, więc dowiecie się również, jaki jest koniec tej historii (plot twist mnie powalił na kilka kolejnych dni). Gwarantuję zachwyt!