poniedziałek, 3 stycznia 2022

W drogę!/ Beth O'Leary

 ZDECYDOWANIE ZBYT DŁUGA DROGA DONIKĄD


Kiedy Beth O'Leary wydała "Współlokatorów", z impetem weszła do czytelniczego świata 20-30-40-parolatków i zaskarbiła sobie sympatię Bookstagrama. To był niewątpliwy sukces. Dzisiaj ...  mam wątpliwości, czy to dobrze zacząć od bestsellera, który wywołuje wszechobecny zachwyt? Bo co właściwie zostaje "na potem"? Pogoń za ideałem? 

Po znakomitych "Współlokatorach" przyszedł czas na  "Zamianę". Było mniej szału, ale powieść trzymała poziom. Może akcja mniej wartka, ale i bohaterowie przyjemni, i język przyzwoity. 

Wobec trzeciej pozycji miałam duuuże oczekiwania. Streszczenie zapowiadało typową "powieść drogi", wypełnioną uczuciowymi potyczkami głównej pary, a okładka wabiła świetnym designem. Tymczasem ... ku mej wewnętrznej literackiej rozpaczy, odnalazłam 412 stron miłosnej historii, której sedno można by z powodzeniem zamknąć w połowie objętości. (czy tylko ja mam wrażenie, że autorzy co poczytniejszych lektur piszą "na ilość", a nie "na jakość"?) 

Generalnie nie wiem, co definiuje tak zwaną "wielką miłość" Dylana i Addie. On zakochuje się w jej wyglądzie, ona nie rozumie za grosz jego wierszy, a po dwóch tygodniach wakacyjnego romansu są gotowi niemalże układać ze sobą życie, niczym sklonowani bohaterowie ostatniego (nieudanego) Sparksa. 

Autorka przeplata ze sobą dwa plany czasowe, zapewne celem wprowadzenia dynamiki; w rezultacie właściwie czytelnika irytuje, albowiem nie ma w tej opowieści nic aż TAK tajemniczego, co wymagałoby gradacji flashbacków, mających wyjaśnić jakąś niebywałą zagadkę z przeszłości. W rzeczywistości ... ów - nazwijmy to - "sekret" okazuje się być zwykłym nieporozumieniem (co prawda okraszonym dramatycznymi okolicznościami), więc dlaczego czytelnik czeka na niego 400 ciągnących się niemiłosiernie stron?

Żeby nie było wyłącznie gorzko - odnalazłam tu kilka słownych perełek (główny bohater pisze wiersze, więc zasadniczo rozdziały z jego perspektywy należą do najprzyjemniejszych) - kiedy Dylan opisuje Addie ("jest sobą w czystej, nierozcieńczonej formie" ) lub swoje odczucia ("zwijam się w sobie jak ślimak"). Niestety, w niemalże równej ilości mamy banalnie ckliwe opisy przeżyć wewnętrznych, na wzór mało oryginalnych tzw. "książek o miłości". 

Potężny, noworoczny zawód.  

Pozostaje zapytać: dlaczego, Beth? 

czwartek, 25 listopada 2021

Sakrament obłudy. Wspomnienia z seminarium/ Robert Samborski

 OD SEMINARIUM ZACHOWAJ NAS, PANIE




☑"To jest coś, co wbija się klerykom do głowy od pierwszej chwili, gdy wstąpią do seminarium: nie kwestionuje się, nie podważa żadnej decyzji przełożonego". 
☑"Po pierwsze, klerykom nie wolno było wychodzić z budynku samotnie, musieli iść co najmniej w parze z kolegą".
☑"To jest właśnie jeden z tych przedziwnych paradoksów, których pełne jest seminarium: praca w seminarium sprawia, że seminarzyści o prawdziwej pracy nie mają najmniejszego pojęcia".
☑"Każdy kleryk, który nawiązywał zbyt dobre relacje ze zwykłymi ludźmi, był z miejsca traktowany bardzo podejrzliwie".
☑"W seminarium nauczysz się, jak kochać Jezusa Chrystusa, jednocześnie w bezczelny sposób gwałcąc wszelkie przykazania zostawione przez Niego w Ewangeliach".

Takich spostrzeżeń (nasuwających nam raz po raz obrazy z "Opowieści podręcznej") pojawia się w książce mnóstwo - "Sakrament obłudy" to gorzka rozprawa z instytucją seminarium, spisana przez byłego kleryka, który przeszedł wszystkie stadia "formacji", który bardzo pragnął być dobrym księdzem, który, nawet zostawszy wyrzuconym z seminarium tuż przed święceniami, jeszcze starał się do niego wrócić. Zatem - pan Samborski wie, o czym pisze! 

Dla tych, którzy zaczną podnosić larum, że to pozycja naznaczona subiektywizmem, powiem - pudło! Takie rozliczenie z przeszłością z pewnością  wymagało ogromnej odwagi i wewnętrznej siły. Pan Samborski przeprowadza czytelnika przez wszystkie lata przygotowań do bycia księdzem, każdy rozdział traktuje o kolejnym roku, z wszystkimi szczegółami, takimi jak: nauczane przedmioty, egzaminy, obowiązki, zwyczaje, ograniczenia. 

Przeciwników tego typu pozycji od razu informuję - spokojnie, nie znajdziecie tutaj obelg lub wyzwisk dotyczących osób stanu duchownego. Zamiast tego - rzetelna krytyka, solidne wypunktowanie błędów, a nade wszystko - ukazanie bezsensu archaicznej instytucji, która ma na celu jedynie wtłoczyć młodych, wrażliwych chłopców w FORMĘ, ukształtować na ślepo posłusznych poddanych, bez prawa głosu. Nie wychylać się, nie szaleć, nie sprzeciwiać nikomu (nawet koledze, który nadzoruje, jak szorujesz kibel), nie być nazbyt pracowitym studentem - wtedy może przetrwasz. A klerycy chcą przetrwać, bo większość z nich marzy o byciu dobrym duszpasterzem! 

Sęk w tym, że z roku na rok, nawet ci najbardziej uduchowieni zaczynają dostrzegać, że miejsce, do którego dobrowolnie przyszli, by podążać za Chrystusem - z Ewangelią ma niewiele wspólnego. Samborski wielokrotnie podkreśla groteskowy kontekst seminaryjnych egzaminów, pochwałę "miernoty" i służalczości, przyklaskiwanie donosom i wzajemnej inwigilacji. (Pomijam już absurdy typu: zakaz posiadania telefonów komórkowych lub późnych rozmów z przyjaciółmi.) 

Jednym z najlepszych podsumowań są słowa: 

"Codzienność każdego człowieka składa się z wielu rzeczy. Będzie to zaspokajanie życiowych potrzeb, a więc jedzenia czy snu. Będzie to praca czy nauka. Będą to rodzina i bliskie osoby, przyjaciele. Będą to jego zainteresowania i sposoby spędzania wolnego czasu. Te cztery filary codzienności w seminarium są obecne, ale zwyrodniałe, wynaturzone ponad wszelką miarę".

Na koniec dodam: dla autora pobyt w seminarium był początkiem drogi do ateizmu. Jednoznaczny osąd zawiera się w dwóch ostatnich zdaniach książki: "Wyższe Seminarium Duchowne. Nie idź tam". 

piątek, 12 listopada 2021

Hotel Żaglowiec/ Piotr Chojnowski

 JUTRO SAMO O SIEBIE ZADBA


" - Piszesz dziennik? - zdziwił się Józef.

  - Ach, dziennik jak dziennik, bardziej luźne notatki. Takie tam opowiastki i opisy scenek, których nie chciałbym zapomnieć.

  - Planujesz cokolwiek z tym zrobić?

  - Na początku nie planowałem, ale Aleksiej wkurzał się na nierealistyczne postaci i na to, że hotel Żaglowiec nigdy nie mógłby stanowić podstawy udanej powieści. Więc teraz rozważam zebranie swoich zapisków w całość i wydanie ich, żeby zrobić mu na złość".

Taki smaczek pod koniec powieści, a więc pomysł książki, która właśnie się pisze - uwielbiam! 

Co jeszcze? Cudowny, subtelny, inteligentny humor. Świetny język ("Z tępą maczetą kiepskich ocen Erazm przedzierał się zatem przez dżunglę szkolnych lat" - CUDO!). Błyskotliwe dialogi. Plejada nietuzinkowych postaci, które wydają się totalnie oderwane od rzeczywistości, uroczo oldskulowe, wyjęte z kart Dickensa lub Thackeray'a ("Targowisko próżności"!). Cała historia zamyka się w mikroklimacie hotelowego baru, który dla bohaterów stanowi jakoby osobisty konfesjonał, a barman Piotr - odgrywa rolę nienachalnego spowiednika. 

Paradoksalnie, jak przemyca autor, zabieg pt. "żadnej fabuły (...) brak konfliktu i napięcia", sprawia, że "Hotel Żaglowiec" faktycznie (to komplement!) jest książką dla koneserów. Najlepszą! Przez kilkaset stron czas mija nieśpiesznie, bohaterowie przychodzą i odchodzą, niektórzy zostają na dłużej, a życie każdego z nich jest osobnym bytem, tą rzekomo nieistniejącą fabułą, która z powodzeniem mogłaby być zalążkiem nowej powieści (o feministce-aktywistce Anastazji, dorabiającej jako lokalna prostytutka, napisałabym drugą pracę magisterską!) 

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że tytułowy hotel jest symbolem ludzkiej społeczności, niezależnie od współrzędnych geograficznych czy systemu politycznego. Jeżeli w jednym pomieszczeniu egzystują pokojowo takie jednostki jak: niewierzący ksiądz, dumna prostytutka, biedny listonosz, zblazowany hippis czy dowodzący pobliską jednostką generał - jeżeli łączy ich coś więcej niż alkohol, jeżeli potrafią okazywać sobie życzliwość i wsparcie - to może ... może daje to nadzieję na otwarte, tolerancyjne społeczeństwo, w którym górowałyby dobro i przyzwoitość? 

Rozmarzyłam się. A przecież - jak mawia narrator Piotr - jutro samo o siebie zadba.