sobota, 11 marca 2023

Wszystko będzie dobrze/ Agata Szymańska

Co nieco o moim pisaniu 

Oczywiście, nie będę tu recenzować swojej powieści - byłoby to dość dziwne, prawda? Chciałam Wam tylko powiedzieć, jak powstała ta książka i jaką literacką drogę przeszłam. 

"Wszystko będzie dobrze" pisałam od stycznia do lipca 2021r., czyli w środku pandemii. Kolejne niemalże dwa lata stukałam do drzwi rozmaitych wydawnictw, niezrażona odmowami lub niekorzystnymi (finansowo) propozycjami. Po wyboistej drodze, w niektórych momentach mocno nieprzyjemnej (oszustwo), Opatrzność rzuciła mnie w ramiona Pani Katarzyny Krzan z wydawnictwa E-bookowo. Widocznie tak musiało być, że dopiero teraz przydarzył się ten mały literacki cud! 

Słowa, które "sklejone" siłą tajemną (zwaną "weną twórczą"), pojawiają się w powieści, tłukły mi się po głowie kilka(naście?) lat. Ta myśl, że kiedyś na 100% musi powstać MOJA książka, nie dawała mi spokoju. Ja po prostu wiedziałam, że to się wydarzy - nie znałam tylko czasu. 

Niektórzy z Was już przeczytali "Wszystko będzie dobrze" i odnaleźli w niej swoje doświadczenia - to najpiękniejszy prezent dla pisarza! Zawsze wierzyłam, że słowo ma moc. Dobrą, twórczą, ale też złą, piekielną. Słowo może uratować, ale może też zabić. Marzy mi się, aby moje słowa wnikały do Waszych dusz i umysłów, targały emocjami i zostawały z Wami jak najdłużej. 

U mnie zawsze pisanie było na pierwszym miejscu. Myślę, że to proces podobny do tworzenia kompozycji czy malowania dzieła sztuki. TO przychodzi znienacka i nie możesz się już uwolnić. Nie spoczniesz, dopóki całe twoje jestestwo nie wyleje się na papier. 

Uprzedzając pytania - tak, "pisze się" już druga powieść. W pewien nietypowy sposób dowiecie się z niej, jaki ciąg dalszy ma historia Adama i Ewy. Czekajcie cierpliwie! 

wtorek, 31 stycznia 2023

Kościoła nie ma. Wspomnienia po seminarium/ Robert Samborski

 TAŃCZĄCY Z WILKAMI 


Oto wpadła mi do rąk, całkowicie niespodziewanie, druga część (?) opowieści Roberta Samborskiego, o jakże krzykliwym tytule, wpisującym się w dzisiejszą retorykę krytyki Kościoła Katolickiego. Myślę: idę w to, sprawdzę!

Zachwycił mnie ponad rok temu "Sakrament obłudy" - był gigantyczną dawką informacji na temat życia w seminarium i arcyciekawą historią człowieka, który się stamtąd, skądinąd, WYDOSTAŁ. O ile potrafiłam zdroworozsądkowo wiele rzeczy zrozumieć i - jako praktykująca katoliczka - wziąć na klatę całą garść (słusznych, zaznaczam!) oskarżeń wobec KK, o tyle czytając "Kościoła nie ma" - co chwila zaznaczałam na marginesie znaki zapytania lub komentarze typu: ej, serio? Gdzieś Ty to wyczytał?

Żebyście mnie dobrze zrozumieli - polecam tę książkę jako poruszającą refleksję na temat wychodzenia z wieloletniej skorupy i egzystencjalnego marazmu, stawania w prawdzie, na temat poszukiwania sensu istnienia i zależności we wszechświecie, wyzwalania się z kajdan fałszywej moralności, obalania mitów i - jak to autor nazywa - bajeczek. Jako studium człowieka biegnącego ku wilkom, ku Wielkiej Sile Przyrody. Jako tego, który "wyrzeka się ludzkich bogów" i "przystępuje do szatańskiego ołtarza". Stuprocentowy, dziewiętnastowieczny romantyzm. Wciąga na amen, jest poetycki, metafizyczny i taki wręcz nieziemski! Dobrze się czyta. 

A teraz: ale. Trigger warning. 

Ta piękna, pełna dramatyzmu podróż, ten wielki ukłon w stronę Natury, ta epicka ucieczka w wystudiowaną, wyrachowaną samotność, dokonuje się jednocześnie w aurze rosnącej pogardy wobec Kościoła Katolickiego, potem - wobec religii w ogóle, a na końcu - wobec Boga. Po drodze autor rzuci tu czy tam jakieś przedziwne uogólnienie, niemające nic wspólnego z rzeczywistością, licząc, że mało wnikliwe umysły połkną haczyk i pognają ku Ciemności razem z nim (btw - serio chrześcijanie nakazują trzymać psy na łańcuchu, niszczą przyrodę i uważają wilki za zło wszelakie, a współczucie jest bezużyteczne, bo Pan tak twierdzi i już?).

I powiem tak - jako kobieta inteligentna i katoliczka rozsądna (jedno z określeń Samborskiego) - jestem w stanie zrozumieć ten stan rzeczy, to jego spektakularne Wielkie Odejście, ten bunt wobec "starego porządku". Czułam to samo, czytając "Sakrament obłudy" (odsyłam do recenzji). ALE tutaj, im dalej w las, tym coraz większa ilość prześmiewczych komentarzy dotyczących religii, wiary i Jezusa; aż za którymś tam razem narodziło się we mnie pytanie: gdzie jest zatem ta upragniona wolność autora, skoro raz po raz rodzi się w nim wręcz kompulsywny PRZYMUS głoszenia wszem i wobec tyrad na temat tych, którzy wierzą we "wszystkie żałosne tradycyjne czy chrześcijańskie wartości", chłoną "te absurdalne historyjki z Biblii" i podążają za Jezusem, który "jest potworem, a niesprawiedliwość i okrucieństwo jego nauczania są nieskończone jak potępienie, którym grozi"?

Panie Robercie, naprawdę musi Pan aż tak? Fakt, podkreślił Pan, że oddaje siebie w posiadanie wilkom i Ciemności Lasu, a ludzie (których określa Pan "błędem Przyrody") są Panu niezbyt potrzebni, więc może nie powinnam się czepiać? Ja, słuchająca tego "brudnego, galilejskiego guru", twierdząca, że jednak życie wieczne jest lepszą opcją niż śmierć? 

Cóż. Po "Sakramencie obłudy" sądziłam, że chętnie ucięłabym sobie z Panem pogawędkę na temat KK i tego, co powinno się zmienić (czyli wiele!). Jednak po lekturze (z pewnością zajmującej) kontynuacji śmiem twierdzić, że moglibyśmy się nie polubić (i to nie dlatego, że jest Pan ateistą!). A może się mylę? 

Anyway - Pan Robert ma lekkie pióro i pięknie włada słowem. Jeśli jesteś katolikiem rozsądnym, a Twoją wiarą nie zachwieje kilka(dziesiąt) wzmianek na temat "galilejskiego tyrana" - przeczytaj Samborskiego. Sprawdź, poczuj, oceń. 

piątek, 22 lipca 2022

Bez tchu/ Jennifer Niven

 "NAPEŁNIAJ OCZY CUDAMI"



Jennifer pisze jak nikt inny. Kiedy się ją czyta (nawiasem mówiąc, genialne tłumaczenia wszystkich trzech powieści!), każde słowo zdaje się być wyrwane prosto z trzewi. Są to słowa surowe, jednocześnie poetyckie, ludzkie, ale i magiczne. Ona potrafi uchwycić NANOSEKUNDY, błyskawiczne flesze przemykające nam przed oczami, momenty wstrzymania oddechu czy zmrużenia oczu - i wszystkie mają znaczenie, wypływają na wierzch z naszego wnętrza, poprzedzając wypowiedziane słowa lub poczynione gesty.

Claude, z powodu rodzinnych turbulencji, spędza wakacje na wyspie i ten nieplanowany wyjazd zmieni w jej życiu wszystko. Claude zacznie odkrywać swoją tożsamość rodową, ruszy w podróż w głąb rodzinnych relacji, pozna historie swoich przodkiń, zanurzy się w ich cierpieniu - wszystko po to, aby znaleźć rdzeń, na którym buduje się swoje jestestwo i potem czerpać z niego siłę, odkryć siebie prawdziwą. 

No i pojawi się Jeremiasz - człowiek wyspy, wody i słońca. Bosonogi i tajemniczy, zaprosi Claude do swojego świata, obnaży swoje słabości, a jednocześnie pozna Claude tak, jak nikt nigdy wcześniej nie poznał. 

"Bez tchu" to też apoteoza pisania. Mieszkańcy wyspy przez lata pisali listy i składowali je w sekretnej szufladzie. Mama Claude jest pisarką i na wyspie szuka inspiracji do kolejnych powieści. Claude używa słów, aby wylać siebie całą na papier. W rozmowie z Jeremiaszem powie: "Kiedy napiszesz rzeczywiście dobre, prawdziwe zdanie, fragment albo scenę, czujesz się niezwyciężony, jakbyś mógł wszystko. Jakbyś miał supermoce: w tym momencie nikt cię nie ruszy. Jesteś najlepszy ze wszystkich". 

Czytajcie Jennifer. Czasami wypełnia nasze serca jak promienie słońca, innym razem rozrywa je na kawałki. Ale zawsze jest prawdziwa, a jej słowa zdają się być napisane tylko dla nas.